Archiwa tagu: wybory

Nierównowaga wahadła

Jeszcze przed rokiem nic nie wskazywało na to, że zmiana ordynacji wyborczej może być kluczowym czynnikiem w polityce. Potem przyszedł sukces Kukiza i nieszczęsne referendum. Przyniosły gorączkę, którą zgasiła deprymująca frekwencja. Niby jesteśmy w punkcie wyjścia. Lecz może by tak zrobić zmianę nie dzięki, ale właśnie bez takiej gorączki?

W każdym razie, dziś w „Rzeczpospolitej” ukazał się mój tekst poświęcony wymianie argumentów pomiędzy marszałkiem-seniorem Kornelem Morawieckim a zwolennikiem brytyjskich JOW-ów, Bartłomiejem Michałowskim z Instytutu Sobieskiego (link na końcu). Nie będę go tu przytaczał, bo jest dostępny po zalogowaniu. Chciałbym natomiast pokazać dane, na które w nim się powołuje. Chodzi o wątpliwą polaryzację, która występuje w naszych samorządach – w tych, gdzie po zastosowaniu systemu FPTP można przetestować obietnice jego zwolenników.

Najtrudniejszym do ideowego zbicia argumentem na rzecz brytyjskiego systemu jest ten, że generuje on jednoznaczny podział na rządzących i czającą się na ich miejsce opozycję, bez nieprzewidywalnych a podejrzanych koalicyjnych negocjacji. Gdyby tak w istocie się działo, byłby to poważny atut takiego rozwiązania. Rzecz w tym, że twierdzenie takie jest umiarkowanie zgodne z prawdą. Już w Wielkiej Brytanii reguła działa niezbyt dosłownie. Można oczywiście powoływać się na przykład senatu, gdzie zwycięzca wyborów sejmowych już po raz drugi wywalczył sobie bardzo bezpieczną większość, zaś pozostałe miejsca w przytłaczającej części zajęła główna partia opozycyjna. Bardzo duże wątpliwości budzą przykłady z Kanady czy Indii. Koniecznie trzeba jednak zobaczyć, co się stało w samorządach w 2014 roku. Zrobiłem dla nich zestawienie, pokazujące sumaryczny układ sił pomiędzy partią władzy a opozycją. Do tej pierwszej zaliczyłem radnych komitetu włodarza-inkumbenta, do tej drugiej – tych z komitetu jego najgroźniejszego konkurenta. Pozostali radni potraktowani zostali jako jeden zbiór. Jakąś część z nich stanowią cisi wspólnicy inkumbenta i pretendenta, pozwoliłem ich sobie jednak już pominąć, bo część to niewielka.  Zestawienie to wygląda tak:
2016_FPTP_gminy1Przewaga partii władzy – czy to lokalnych, czy sejmowych – jest powszechna. Jest tym większa, im mniejsza gmina. Detronizatorzy mają znacznie mniejszą zdolność skupiania wokół siebie aktywistów i wyborców. Opozycja jest rozbita na mniejsze ugrupowania, co dodatkowo ją osłabia i pozwala wygrywać rządzącym jednych przeciw drugim. W miastach-powiatach partie władzy mają się wyraźnie gorzej, za to partie opozycyjne – nieco lepiej.

Siła partii władzy jest wyraźnie mniejsza, jeśli nad inkumbentem zbierają się chmury, tak że jego start kończy się porażką.  Pozycja obu rodzajów komitetów w rozbiciu na los inkumbenta wygląda tak:

2016_FPTP_gminy2Silny obóz władzy ma najczęściej zdecydowaną przewagę nad obozem głównego konkurenta, który ma wtedy zwykle trzeciorzędne znaczenie. Lecz nawet sukces opozycji w wyborach włodarzy nie oznacza zbudowanie mocnego oparcia w radzie – co najwyżej jest ono porównywalne z tym, które mają stronnicy „byłego”. Inna rzecz, że w poprzedniej kadencji Jedna trzecie radnych z komitetu przegranego włodarza po czterech latach znalazła się w szeregach nowej partii władzy –  zapewne w myśl zasady umarł król – niech żyje król!

W każdym razie takie zestawienie pokazuje, że trzeba być ostrożnym przy rozważaniu rozwiązań, które pozwalają ustawiać się partiom władzy w wygodnej pozycji „wszyscy rozsądni kontra reszta świata”. To też może niejednokrotnie prowadzić do porażki, na pewno jednak jej nie ułatwia, choćby i rządzący na nią zasłużyli, gdyby tylko wybory odbywały się według innych reguł.

Tekst w „Rzeczpospolitej”, moje zeszłoroczne propozycje ordynacyjne.

Wrestling à la Benny Hill

Zwykłem opisywać polską politykę jako wrestling – wystylizowane toto na ostateczną, śmiertelną walkę dobra ze złem, lecz w praktyce to się krzywdy sobie nie robi. Teraz pojawiła się w tym nutka Benny Hilla. Spektakularny „zamach na demokrację” skończy się zapewne ciosem we własne podbrzusze.

Podejście do dotychczasowej praktyki Trybunału Konstytucyjnego mam ambiwalentne. Daleko mi do traktowania jego wyroków jako krynicy mądrości i najczystszej szlachetności, stojącej na straży genialnej konstytucji. Można to sprawdzić we wcześniejszych wpisach (linki jak zwykle na dole). Parę decyzji było mocno naciąganych. Jednak w paru przypadkach dostrzegłem w nim coś, czego najwyraźniej zwolennicy twardej linii w PiS nie dostrzegają – troskę o elementarną równowagę na linii rządzący-opozycja (nawet jeśli pewnie wychyloną na korzyść zwolenników status quo). W imię tego trybunał uznawał dwudniowe wybory za sprzeczne z niejednoznacznym konstytucyjnym sformułowaniem, zaś zakaz reklamy politycznej za ograniczenie wolności słowa (w odróżnieniu od ciszy wyborczej, która to wolności słowa w ogóle nie ogranicza…).

Najnowsze pomysły PiS bez wątpienia zlikwidują taką rolę TK. Rozumiem, że w tej kadencji to zadziałałoby na ich korzyść – a w następnej? Po raz kolejny rządzącym wydaje się, że będą u władzy wiecznie. Patrząc z boku jest deprymujące, jak bardzo obie strony starają się przebić błędy przeciwników. Opozycja postanowiła przebić PiS z czasów opozycji pod względem histerii. Już wszyscy zapomnieli, jak taka histeria przez lata skutecznie podtrzymywała przewagę rządzących? W odpowiedzi Jarosław Kaczyński postanowił przebić rządy PO na polu arogancji. Nie bierze pod uwagę, że to gorzej wróży jego partii. Histerię łatwiej porzucić, jak pokazał sam PiS wystawiając Dudę i Szydło. Arogancji pozbyć się znacznie trudniej, bo ona się sama utwierdza, odcinając się od wszelkich uwag krytycznych odbieraniem ich jako przejawów wrogości lub ignorancji. Histeria to się zaś raczej sama wypala. Rozumiem, że PiS liczy, że dzięki transferom socjalnym zdoła odrobić dzisiejszą katastrofę w oczach umiarkowanych wyborców. A co jeśli się nie uda?

Przycinając TK pod swoje dzisiejsze potrzeby PiS musi się liczyć, że w przypadku porażki nikt go nie uchroni przed wieloma pomysłami, jakie na jego osłabienie mogą mieć przeciwnicy. Tymi pomysłami, które były już zgłaszane, i tymi, których nikt nie odważył się podnieść, bo prawdopodobieństwo przejścia ich przez TK było znikome, zaś koszty w postaci awantury – murowane. Po ewentualnych przegranych przez PiS wyborach pewnie już nikomu z jego przeciwników powieka nie drgnie. Listę można zacząć od wspomnianego już wyroku TK z 2011 w sprawie kodeksu wyborczego. Jeśli PiS tak się boi zakazu reklamy politycznej i dwudniowych wyborów, to na pewno będzie je miał. Media publiczne go nie obronią, bo w dzień po wyborach przeprowadzi się pewnie ich „unowocześnienie”, z nawiązką odwracające skutki „unarodowienia”. Polska Liberalna może też łatwo uszczknąć Polsce Solidarnej kilka mandatów w obecnym systemie wyborczym, rezygnując z ustalania ich liczby w okręgu na podstawie liczby mieszkańców, lecz przydzielając je po wyborach na podstawie liczby głosów oddanych w okręgu. Wtedy głos mieszkańców metropolii nie byłby osłabiany wyższą frekwencją. W 2007 roku oznaczałoby to siedmiu dodatkowych posłów PO. Można wreszcie pójść zupełnie inną ścieżką i kupić elektorat Kukiza wprowadzeniem FPTP (TK tego nie utrąci, jeśli go odpowiednio wcześniej zablokować setką bzdurnych wniosków).

To dochodzimy do milszych memu sercu tematów. Małe zobrazowanie sumy efektów FPTP i problemu „politycznej brzytwy Ockhama”, czyli zasady, że nie należy sobie mnożyć wrogów nad potrzebę. Mając pod ręką podział Polski na 300 okręgów jednomandatowych i głosy zdobyte w nich przez obecne partie parlamentarne, przeliczyłem sobie wyniki ostatnich wyborów w pięciu scenariuszach. W pierwszym wszyscy głosują tak, jak zagłosowali, czyli głównym przeciwnikiem PiS jest PO – nikt inny w okręgach mandatów wtedy nie zdobywa. W drugim perspektywa pojedynków w okręgach doprowadza do utworzenia Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej i kandydaci anty-PiS mogą liczyć na sumę głosów oddanych na te dwie listy. W trzecim scenariuszu tak ukształtowane dwa bloki dzielą pomiędzy siebie elektorat Kukiza, przy czym PiS zgarnia jego jedną trzecią, zaś NPO dwie trzecie. Tym samym równowaga przesuwa się przeciw PiS o jedną trzecią siły Kukiza. W czwartym zamiast kukizowców NPO przygarnia ludowców. Wreszcie w piątym PiS ma przeciw sobie wszystkich z poprzednich scenariuszy. Na wykresie układ sił wygląda tak:

2015 300 okregow

Gdyby w poprzedniej kadencji PiS poparł deklaracje PO dotyczące chęci zmniejszenia sejmu i wprowadzenia FPTP, mógłby w ostatnich wyborach zdobyć większość konstytucyjną i trybunałem się nie przejmować w ogóle. Lecz już połączenie sił Polski Liberalnej daje mu tylko zwykłą większość. Do jej utraty wystarczy przesunięcie sympatii 3% wyborców, nie mówiąc już o włączeniu do bloku ludowców (wyników lewicy nie miałem pod ręką, lecz efekt byłby pewnie podobny). Na koniec zjednoczenie przeciw sobie wszystkich daje wynik, przy którym już tylko 3 mandatów brakuje do odrzucenie weta prezydenta. PiS może tu naprawdę wiele stracić.

Rządzący w sprawie trybunału stracili okazję do uzyskania znaczącej przewagi, jaką mieliby, gdyby nie starali się przegięcia PO przegiąć na drugą stronę, tylko ograniczyli się do jego wyprostowania. Można byłoby wtedy dość łatwo zatkać usta swoim krytykom i wykorzystać moment ich konfuzji do zyskania impetu. Teraz cały impet poszedł w gwizdek. Zgadzam się tu z dr Jackiem Sokołowskim, że ta awantura znacznie bardziej zaszkodzi PiS, niż pomoże. Owszem, być może da mu do ręki pewne instrumenty, lecz jednocześnie pozbawi wielu innych, na mój gust ważniejszych. Nie ma do tego wcale pewności, że w walce na prawne triki będzie się zwycięzcą. Pewne jest tylko, że tak przepchnięte rozwiązania nie będą trwałymi. Najlepszym tego przykładem jest sprawa blokowania list z 2006 roku, o które PiS stoczył z opozycją zaciekłą wrestlingową walkę, zakończoną jak typowy skecz Benny Hilla. Kosztem emocjonalnego konfliktu przepchnął rozwiązanie na którym skorzystali przeciwnicy a które i tak wylądowało w koszu po roku z okładem.  Na szczęście dla PiS, bo PO i PSL mogły na blokowaniu zyskać jeszcze więcej w wyborach samorządowych 2010 i 2014.

Odwrócenie proponowanych zmian przez następną większość sejmową byłby tym razem dla PiS i tak nie najgorszym scenariuszem. W najgorszym ukręci sam na siebie bicz, który pójdzie w ruch gdy przegra wybory. To zaś przecież prędzej czy później nastąpi, choćby się nie wiem jak wierzyło, że nie powinno.

PS. O wyrokach TK w sprawie kodeksu wyborczegoo kluczowych rozstrzygnięciach konstytucyjnych, o różnej wadze głosu w okręgach, o możliwych efektach ordynacji brytyjskiej, dr Jacek Sokołowski o strategii PiS względem prawników.

Darczyńcy zwycięzcy

Podobnie jak w roku 2011, zwycięzca wyborów nie mógłby się cieszyć z ich jednoznacznego wymiernego rezultatu, gdyby nie prezenty otrzymane od konkurencji. Rozbicie głosów na dwie listy, zabiegające o podobnych wyborców, daje dodatkowe mandaty innym partiom. Łatwo to sprawdzić dodając poparcie takich list i przeliczając mandaty. Daje to trzy podstawowe scenariusze oraz ich różne kombinacje.

W pierwszym scenariuszu Miller i Palikot nie tylko przekazują Nowackiej przywództwo w Zjednoczonej Lewicy, lecz potwierdzają to osobistym wycofaniem się z wyborów. Odbierają tym samym partii Razem uzasadnienie startowania osobno. Głosy na obie listy się sumują, co pozwala przekroczyć liście Zjednoczona Lewica Razem nawet koalicyjny próg.

W drugim scenariuszu po przegranych wyborach prezydenckich w PO uruchamiany jest ostry program naprawczy, zakładający też wymianę lidera. Jego elementem jest otwarcie się na inicjatywę Ryszarda Petru. Wspólna lista Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej dostaje 31,7% głosów – prawie tyle, co PiS w 2007 roku.

W trzecim scenariuszu głosy oddane za komitet Zygmunta Stonogi przypadają Korwinowi. To akurat tyle, ile potrzeba do przekroczenia progu. Na obrazku pokazano też podział mandatów dla współwystępowania scenariuszy Zjednoczona Lewica Razem oraz Korwin Stonogi, ZLR i NPO oraz wszystkich trzech jednocześnie.

2015 integracjaDwa pierwsze scenariusze odbierają większość PiS, zaś trzeci stawia ją pod znakiem zapytania (co zrobić ze Zbonikowskim?). Sumy dwóch scenariuszy pogłębiają tylko problem, uzależniając PiS od poparcia przytłaczającej większości kukizowców. Przy trzech Korwin pozostaje z symboliczną reprezentacją – ciekawe, czy objąłby sam jeden z dwóch mandatów czy też oddał go Miriam Shaded,

Dla porównania takie samo zestawienie dla poprzednich wyborów:  2011 integracjaWtedy PiS i lewica na wyścigi z Palikotem podarowały koalicji PO-PSL większość. Teraz prezenty odbiera PiS. Jak widać, może tu obowiązywać jakże szlachetna wzajemność. Tylko lewicy coś na zdrowie nie wychodzi to rozdawnictwo. Może liczy, że za cztery lata zostanie wynagrodzona w dwójnasób. Może zaś tylko wciąż spłaca zobowiązania z 1993 roku.

Notka jest wizualizacją moich wyliczeń na potrzeby tekstu Renaty Grochal w GW.  Analogiczną notkę po poprzednich wyborach można zaś znaleźć tu.

Tsunami czy przypływ?

Wbrew wielu medialnym przekazom, 26 października nie przeszło przez Polskę żadne tsunami i nie zdemolowało znanej już od lat geografii wyborczej. Wszystko jest dokładnie po staremu, tylko – zgodnie ze standardami demokracji – nastąpił przypływ poparcia dla opozycji a odpływ dla obozu rządzącego. Niejakie zamącenie obrazu nastąpiło za sprawą Nowoczesnej. Dość łatwo jest go jednak wyklarować.

Na początek wyniki w okręgach jako pochodna takowych w roku 2011. W przypadku Nowoczesnej punktem odniesienia są wyniki PO.

2015sejmzmianyPiSPOJeśli ktoś tu widzi rewolucję, to musi ciekawie definiować jej kryteria. Wcześniejsze poparcie wyjaśnia nowe – w 97% dla PiS, w 90% dla PO i w 78% dla Petru. PiS dostał to co miał powiększone o jedną dwunastą i dodatkowo w każdym okręgu po równo 5 punktów procentowych z okładem. PO straciła wszędzie jedną trzecią i dodatkowo jeszcze po prawie 2 pp. Najważniejsze jest jednak zrozumienie, że gdy premier Kopacz rozpaczliwie walczyła o wyborców środka właściwego (rządziliśmy sprawnie jak nikt przed nami), oraz rozłożonych po bokach linii frontu wyborców tradycyjnej lewicy i prawicy (patrz notka z 12.10), Petru odebrał jej sztandarowych dotąd wyborców PO – tych najbardziej (bi-)liberalnych. Warto zwrócić uwagę na nieliniowy charakter zależności poparcia dla Nowoczesnej od wyników PO w 2011 – im większe było niegdyś poparcie dla partii Tuska, tym większą jego część udawało się odkroić Nowocześniejszej Platformie Obywatelskiej.

Gdy zwycięska dotąd partia ma odpływ poparcia, zaś opozycja przypływ, to nawet przy tak równomiernym jego charakterze następuje przesunięcie linii frontu symbolicznego zwycięstwa. Szczególnie tak silnie przewidywalnego geograficznie, jak to ma miejsce w Polsce. By to dobrze zobaczyć, lepiej jest traktować wyborców Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej jako jedną całość przy porównaniach z poprzednimi wynikami.  Zrobił to już M.Palade, ja pozwolę sobie odejść od przedstawiania samego zwycięstwa (które ma znaczenie czysto symboliczne) i pokazać skalę przewagi zwycięzcy okręgowego wyścigu. Na początek 2011.

2011 przewaga w okręgachNa tym tle 2015:

2015 przewaga w okręgachPrzypływ zalał wszystkie 3 okręgi, w których przewaga PO była poniżej 10% oraz 6 z 8, gdzie była poniżej 20%. Żadnego więcej. Dla wyniku wyborów równie istotne było jednak spłycenie poparcia na obszarach zachowanej przewagi NPO oraz pogłębienie dominacji PiS w jego matecznikach. Warto tu przypomnieć – co jest szerzej opisane w „Złudzeniach wyboru” – że wzrost poparcia dla PO w Polsce wschodniej miał kluczowe znaczenie dla jej sukcesu w 2007 roku.

Najśmieszniejsze jest w tym to, że zamieszanie spowodowane przez Petru ocaliło polską demokrację przed prawdziwym problemem, którym byłaby konieczność szukania przez PiS koalicjanta. Sięgnięcie po Kukiza oznaczałoby, że głębszy bunt przeciw systemowi wywalczył sobie realny dostęp do władzy a w każdym razie uzależnienie jej od siebie. Uzupełnienie większości przez PSL lub rozłamowców z PO podważałoby wiarę, że możliwe jest pełne zastąpienie obozu rządzącego przez opozycję. Kto jeszcze przyczynił się do takiej skali zwycięstwa PiS? O tym pewnie jutro. Dziś tyle, że niezależnie od wcześniejszych jeremiad PiS i obecnych jeremiad „antykaczystów”, demokracja w Polsce wygląda bardzo modelowo, jeśli oceniać ją pod kątem ruchów wahadła na linii rządzący-opozycja.

PS. Więcej o polskich podziałach pisałem tu.

Szczyty głupoty, czyli o liczeniu jedynkom głosów

„PiS to partia życia a PO – śmierci!” lub – jak kto woli – „PO to partia życia a PiS – śmierci!”. Takie tytuły można byłoby nadać, gdyby dziennikarze zadali sobie trud sprawdzenia, od czego zależy liczba głosów zdobytych przez jedynkę. Liczba, którą tak się ekscytują, robiąc na jej podstawie swoje rankingi. Rozumiem, że pokusa, by to porównywać jest przemożna, lecz jeśli ktoś tak bardzo poszukuje czegoś spektakularnego, to czemu się ograniczać? Policzyłem – liczba głosów zdobytych przez jedynki każdej z głównych partii jest zależna od liczby zgonów w zeszłym roku w okręgu, jak również liczby urodzeń, które miały tam miejsce (korelacje w przedziale 0,5-0,7). Można stąd wyciągać dowolny zestaw danych i podeprzeć nim przytoczone powyżej wnioski – do wyboru, do koloru. A że będą one bezsensowne, bo wszystko zależy po prostu od wielkości okręgu? Przecież to nikomu chyba nie przeszkadza – klikalność rośnie.

Gdyby jednak ktoś chciał się dowiedzieć o polskich wyborach nieco więcej, to idąc tropem mojej sierpniowej notki o liderach złudzeń, policzyłem jaki był tym razem związek pomiędzy realną siłą lidera a siłą partii. Dla dwóch głównych ugrupowań policzyłem zmianę  poparcia w okręgu względem 2011 i zmianę procentu głosów na listę, który był udziałem jedynki. Wykres pokazuje, jak się ma to pierwsze do drugiego.

2015sejmznaczeniejedynkinJak widać gołym okiem (a potwierdzają to współczynniki równań regresji), zmiana siły jedynki w obrębie partii nie ma systematycznego związku ze zmianą siły partii. Może mieć jednak związek incydentalny. Cztery przypadki podpisałem – dla każdej partii po dwa, według oczywistego klucza.

Gdy ktoś twierdzi, że Jarosław Kaczyński i Ewa Kopacz byli prawdziwymi wunderwaffe swoich ugrupowań (co przecież wynika ponoć z  każdego rankingu gołego poparcia), to bierze się to bardziej z kalkulacji w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach niż z dostępnych danych. Zmiany poparcia w przypadku obu partii były najmniej korzystne akurat tam, gdzie przewodzili im liderzy. Natomiast tam, gdzie startowali pretendenci do przywództwa (za każdym razem w jakże odmiennym kontekście), zmiany poparcia dla partii były prawie na przeciwnym biegunie (PiS miał minimalnie większy wzrost w okręgu rybnickim niż w chrzanowskim mateczniku Beaty Szydło, natomiast PO ciut mniejsze spadki miał w Chełmie niż w Kielcach). To najpewniej wiąże się ze zmianami konkurencji, która na polu międzypartyjnym szczególnie w Warszawie była ostra, zaś np. w Kielcach nie startował już sam marszałek Jarubas. Gdyby ktoś miał jednak wątpliwości, to małe zestawienie udziału głosów zdobytych przez dwójkę kandydatów w poparciu całej listy w kolejnych wyborach:

2015sejmszydlokaczynskiW 2007 roku Szydło startowała z drugiego miejsca, poprzedzana przez Pawła Kowala. Oczywiście jest w tym bonus za syndrom „nasz sąsiad w centralnych mediach”, lecz przecież Kaczyński ma bonus metropolitalny. W każdym razie coś to jednak mówi o wyborach PiS. Pewnie gdyby Ewa Kopacz nie porzuciła Radomia na rzecz spektakularnej liczby głosów w Warszawie, to ona też mogłaby się pochwalić mocno rosnącym udziałem w głosach na listę i stosunkowo niewielkim spadkiem poparcia dla partii. Lecz ta chwila szczęścia, jaką muszą być dla polityków idiotyczne rankingi liczby zdobytych głosów, jest najwyraźniej bardzo kusząca.

Raz, dwa, trzy – rządzisz Ty!

Ostatnia dawka sondaży to okazja do sprawdzenie raz jeszcze możliwych scenariuszy po niedzielnych wyborach. Poza zwykłym przeliczeniem mandatów na podstawie średniej, sprawdziłem jeszcze 6 innych konfiguracji, opartych na przesunięciu jednego, dwóch lub trzech punktów procentowych poparcia pomiędzy partiami.

Średnia 5 sondaży z portalu ewybory.eu (MillwardBrown, IPSOS, TNS, CBOS i IRBiS) została przyrządzona tak, że wcześniej wyrównałem pokazywane w nich procenty do jednego standardu – tak by się dla ósemki partii sumowały do 100. Wyszło to tak:

2015sejmsondazePrzeliczyłem to na mandaty i zacząłem sprawdzać, co by się stało, gdyby takie poparcie zaczęło się zmieniać. Pierwszym krokiem są scenariusze ze zmianami o 1%. W pierwszym traci PiS, zyskuje Korwin, w drugim zyskuje PiS a traci lewica. Dwa kolejne zakładają zmiany o 2%. W pierwszym zyskuje PiS, zaś traci Petru, w drugim odwrotnie, do tego jeszcze Kukiz traci na rzecz ludowców. Wreszcie dwa scenariusze ze zmianami o 3%. Najpierw taka strata u PiS i Kukiza, z zyskiem ludowców i Razem. W ostatnim scenariuszu Kukiz traci 3%, Korwin 2% a PiS 1%, zaś zyski ma PSL (3%), Petru (2%) i ZL (1%). Na wykresie wygląda to tak:

2015sejmscenariuszePrzy obecnych sondażach PiS jest o włos od większości. Może ją zyskać dzięki Kukizowi, ludowcom lub na skutek nawet niewielkiego rozłamu w PO. Może sobie spokojnie ogłosić przetarg „kto zażąda mniej?”. Obecna sondażowa pozycja Kukiza nie daje szans na koalicję „antykaczystowską”. Wejście Korwina, jeśli wiąże się z minimalną stratą PiS, wbrew pozorom  zawęża pole manewru. Do większości PiS brakuje 17 mandatów, których nie mają ani ludowcy ani Korwin. Pozostaje Kukiz lub naprawdę spory rozłam w PO. Jednak zmiana o 1% w drugą stronę, przy takiej samej stracie lewicy, daje PiS spokojną większość. Kukiz może najwyżej bić brawo, lecz przecież nie będzie stawiać warunków.

Przesunięcie 2% głosów pomiędzy Petru a PSL umacnia PiS, choć dalej brakuje mu jednego mandatu do większości (bo w końcu na Mniejszość Niemiecką rząd zawsze może liczyć).  Jeśli jednak wzmocnią się i PSL, i  Petru, zaś PiS i Kukiz o te 2 procent osłabną, to zachowują one razem większość, lecz naprawdę minimalną.

Nie mają jej jednak, jeśli każda z nich straci po 3%, zaś nad progiem znajdzie się Razem. Tyle tylko, że możliwa koalicja „anty-PiS” musiałaby składać się z 5 partii – do tego bardzo różnych. Trudno sobie nawet wyobrazić, jaka byłaby skala wewnętrznych problemów. Trochę one maleją, jeśli beneficjentami osłabienia obozu zdecydowanej zmiany byłaby po części lewica o po części Petru. Dalej jednak PSL może widzieć większy sens w byciu po stronie zwycięzcy i prezydenta niż w dołączeniu jako najmniejszy człon do czwórkoalicji.

Drugi oddech Kukiza i Korwina oraz przebłysk sławy Razem nieco przesunęły równowagę i dodały nowe scenariusze do tych już omawianych przed dwoma tygodniami. Ciągle jednak bardzo niewielkie przesunięcia poparcia mogą wywrócić jedne układanki a umożliwić inne. Tu naprawdę każdy głos się liczy.

Quousque tandem? – Ad mortem defecatam

Czy fakt, że we wczorajszej debacie trzy najmocniejsze w sondażach ugrupowania były reprezentowane przez kobiety, jest zapowiedzią skokowego wzrostu ich znaczenia w parlamencie? Co innego mówi analiza list wyborczych i dotychczasowych efektów obowiązkowych kwot.

Wiosną sprawdzałem efekty kwot w wyborach samorządowych, spotykając się z ostrą polemiką zwolenniczek tego rozwiązania. Naprowadziło mnie to na kluczowe dla sprawy ujęcie efektów stosowania kwot w naszym nieszczęsnym systemie wyborczym. Efekty kwot można sprawdzić, porównując liczbę kobiet, które zdobyły mandat startując z pozycji strzeleckich oraz tych które zdobyły mandat, choć przewidziano dla nich rolę naganiaczy. Do tego biorąc jeszcze pod uwagę te panie, które mandatu nie zdobyły, choć zajmowały miejsce strzeleckie. Przegrały, bo wyprzedził je ktoś umieszczony na liście niżej (czyli z teoretycznie mniejszym poparciem władz partii).  Takie zestawienie pozwala wychwycić kluczowy tu wzór. Widać go na wykresie, na którym dla pięciu rodzajów wyborów pokazano procent kobiet wśród zdobywców mandatów w rozbiciu na dwie powyższe kategorie, oraz dodatkowo przegranych strzelców jako procent zdobywców mandatów.

2015 kwoty z wcześniejszych wyborówZa każdym razem  wprowadzenie kwot wiązało się ze wzrostem liczby kobiet na pozycjach strzeleckich. Za każdym jednak razem jeszcze większy był wzrost tych, które pomimo uprzywilejowanej pozycji przegrywały wewnętrzną rywalizację. Pomimo tego procent kobiet-strzelców wśród zwycięzców rósł. Tyle, że jednocześnie z reguły spadał też procent mandatów przypadający kobietom, które nie były wcale preferowane przy układaniu listy. W efekcie, nawet jeśli następował wzrost udziału kobiet wśród zwycięzców, to był on frustrująco mały – skromniejszy niż w tych wyborach, gdzie kwoty nie obowiązywały.

Nie można tu zwalić winy na partie czy brak suwaka. Znaczący wzrost liczby porażek uprzywilejowanych kobiet pokazuje, że układający listy chcieli ich więcej niż to ostatecznie wyszło. Dlaczego tak się dzieje? W szczególności – dlaczego spadają szanse kobiet na zdobycie mandatu z pozycji naganiacza? Odpowiedzią na to pytanie może być hipoteza „niebezpiecznego gracza”. W wieloosobowych grach o złożonej interakcji z innymi graczami (a taką jest bez wątpienia nasza ordynacja), kluczowe znaczenie ma ustalenie, komu się szkodzi, komu zaś odpuszcza. Wie to każdy, kto grał w jedną z najbardziej popularnych gier planszowych świata – Osadników z Catanu (kto nie grał, niech żałuje). Kto w połowie partii zostanie uznany za lidera, zaczyna mieć bardzo pod górkę. Nikt nie chce z nim handlować, o ile nie przepłaca, jest pierwszym do okradania przez złodzieja i blokowania dostępu do cennych zasobów. Najczęściej kończy się to tak, że takiego chwilowego lidera na ostatniej prostej wyprzedza ktoś z tych, którzy robili wrażenie, że idzie im źle. Co to ma wspólnego z kwotami? Jeśli spojrzeć na wykresy, to – do czasu wprowadzenia kwot – kobiet wygrywających pomimo dalszego miejsca było więcej niż tych, które przegrywały z miejsc mandatowych. Możliwe że na ich korzyść działały negatywne stereotypy. Mogły być lekceważone przez swoich kolegów (i koleżanki pewnie też). Dopiero po podliczeniu głosów okazywało się, że to jednak twardzi gracze. Po wprowadzeniu kwot to się zmieniło. Teraz promowane są kobiety, co może znaczyć, że wszyscy uważają je za niebezpiecznych zawodników i w ramach wielokierunkowych wewnętrznych przepychanek próbują je tępić (przez np. dorzucanie lokalnych konkurentów przy układaniu listy, limity wydatków, wykluczanie z mediów, plan spotkań lidera listy i liderów ogólnopolskich – narzędzi jest naprawdę sporo). Efekt regulacji mającej w intencji promować kobiety jest odwrotny od zamierzonego – jak już pisałem, łatwiej jest obronić tezę, że parytet to podła męska sztuczka wymyślona by powstrzymać falę narastającego zaangażowania kobiet w politykę, niż pokazać, że pomaga kobietom osiągnąć sukces.

W każdym razie próbowałem oszacować, ile też pań zdobędzie mandat, przyjmując, że zachowane będą dotychczasowe trendy w przetasowaniach na listach. Starałem się uśrednić przypadki poszczególnych komitetów i pogodzić ze specyfiką każdego z nich. Podział mandatów na podstawie aktualnej średniej sondaży za stroną ewybory.eu Wyszło to tak:

2015 kwoty prognozaKobiety w dużych partiach nieco szczodrzej niż przed 4 laty obdarowane zostały dobrymi miejscami. Jednak powiększenie liczby partii może ograniczyć oddziaływanie tego zjawiska na ostateczny skład sejmu. Takie wyliczenie pokazuje wzrost mniejszy niż jeden punkt procentowy (z 23,9% do 24,5%). W tym tempie kobiety zapełnią jedną trzecią ław poselskich w wyborach 2071 roku. O ile nie będzie regresu – w wyborach senackich zapewne takowy nastąpi. Kobiet jest wyraźnie mniej wśród kandydatek PO a w PiS jest zupełna stagnacja na bardzo niskim poziomie. Można się spodziewać, że w nowym senacie będzie jakieś 10 kobiet, wobec 15 w dotychczasowym. Być może to tylko potrzeba wypełnienia obowiązkowych kwot sejmowych odessała kobiety z wyborów senackich. To byłby dodatkowy uboczny skutek – znów odwrotny od zamierzonego.

Udział kobiet w polityce będzie rosnąć nieuchronnie – to wynika z przemian społecznych, przede wszystkim edukacyjnych. Ważne, żeby w tym nie przeszkadzać. Wiem, że zwolenniczki będą argumentować, że kwoty zadziałają, tylko trzeba poczekać,  Czy jednak nie przypomina to sytuacji, w której ktoś twierdzi, że płynąc kajakiem należy wiosłować pod prąd rzeki? Jak mu udowodnić, że nie ma racji, skoro po jakimś czasie nurt doniesie go tam, gdzie chciał dotrzeć?  W każdym razie na wzrost liczby kobiet w sejmie przyjdzie nam zapewne jeszcze poczekać. Byle nie tak jak w w tytule.

Senat – połowiczna koalicja

Koalicja rządowa mogłaby połączyć swoje siły w wyborach senackich w nadziei na zdobycie dodatkowych mandatów. Zrobiła tak jednak tylko w połowie przypadków – i to głównie tam, gdzie to akurat ma mniejsze znaczenie. Obie partie odpuszczają za to okręgi „niezależnym” kandydatom.

Przewidywania wyników wyborów senackich oprzeć można na dwóch źródłach – starych wynikach i nowych sondażach. Nie wchodząc w szczegóły spróbowałem oszacować senacką bazę PiS i PO, przyjmując, że sondażowi wyborcy Nowoczesnej w wyborach senackich zagłosują  na kandydatów Platformy z braku własnych. W tabeli zestawiłem takie przeliczenie z wynikami PSL i SLD z 2011 roku. Bledszym odcieniem pokazane są miejsca, gdzie partia nie wystawia kandydata. Białe cyfry w kolumnie z poparciem dla PiS pokazują okręgi, gdzie po takim przeliczeniu partia ta wygrywa. W poprzednich wyborach taka socjopolityczna baza była jeszcze modyfikowana przez osobiste atuty i słabości (także te konkurentów) – jednak 90% wyników było zgodne z tym, co w tym samym czasie działo się w wyborach sejmowych.

Grubą kreską w kolumnie z wynikami PSL zostały obwiedzione przypadki, gdy różnica pomiędzy silniejszą z partii koalicji a PiS jest mniejsza niż poparcie dla słabszej z partii koalicji. Oznacza to tyle, że gdyby jedna z partii odpuściła sobie wystawianie kandydata i poparła tego wystawionego przez drugą, to miałby on większą bazę niż konkurent z PiS. Jeśli jednak wystawiają kandydatów obie, to kandydat PiS jest faworytem.

2015senatkandyd12015senatkandyd2Pomimo większego generalnego poparcia PiS względem Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej (40:33), spodziewany podział mandatów to 47:53 (wliczając w to różnych Biereckich i Borowskich). To są skutki smaczków polskiej geografii wyborczej, o których tu już pisałem. Żeby zdobyć senacką większość, PiS musiałby liczyć na podział elektoratu pomiędzy kandydatów PO i różnych niezależnych. Musi się jednak także liczyć z tym, że mandatów będzie jeszcze mniej. W takim np. Bielsku Podlaskim będzie tylko dwóch kandydatów i jeśli wszyscy poza zwolennikami PiS zagłosują na byłego posła SLD Czykwina, to może on się stać następcą Cimoszewicza. Podobnie w Legionowie – przeciw kandydatowi PiS Żarynowi przemawia to, że nie ma swoich kandydatów nikt poza PO.

O ile jednak strategia SLD jest trudna do zoptymalizowania, o tyle PO i PSL mogłyby osiągnąć znacznie większy poziom współdziałania – także dlatego, że często PSL jest wypukły tam, gdzie PO jest wklęsła. Generalnie dwie strategie – nie wchodzić sobie w drogę i walczyć bez zahamowań – przemieszane są nieomal idealnie pół na pół. W 46 okręgach obie partie wystawiły kandydatów, w 49 jedna ustąpiła drugiej (PO odpuściła 12 a PSL 37). Do tego w 5 okręgach żadna nie ma oficjalnego kandydata (poza wspomnianym Bielskiem także Pruszków zostawiony dla Giertycha, Lublin dla Cugowskiego, Warszawa dla Borowskiego oraz Stalowa Wola z weteranką UW, PSL i PiS Lidią Błądek). Z 14 okręgów, gdzie potencjalny zysk wydaje się bardziej prawdopodobny, wymiana uprzejmości nastąpiła tylko w Cieszynie (na rzecz PO) oraz Płocku i Kielcach (na rzecz PSL). Do tego dochodzi jeszcze kilka okręgów, gdzie PSL może liczyć nie tylko na wsparcie PO, lecz także na brak lewicowej konkurencji (Ostrołęka, Kozienice, Suwałki).

Jaki z tego prognostyk dla powyborczych koalicji? Niespecjalny – PSL raz jeszcze przyjmuje starą strategię. Z PO trochę współpracuje a trochę konkuruje. Z drugiej strony trudno się dziwić PO, że nie chce zbytnio pompować senackiej reprezentacji PSL, które może przecież odwrócić sojusze. W każdym razie, trzeba być przygotowanym na pojawienie się jeszcze jednego elementu chorobliwej niestabilności naszego układu władzy. Senat może mieć inną większość niż sejmowa. Mniej to kłopotliwe niż weto opozycyjnego prezydenta, lecz dalej jest źródłem napięć i polem  wątpliwych rozgrywek. Wcale nie musi jednak wynikać z odmiennych preferencji – to może być czysto mechaniczny efekt nieprzewidywalnej ordynacji, jaką jest FPTP.

Rząd zależny od 5%

Już prawie codziennie słyszę pytanie o to, kto wygra wybory. Pod wpływem tych pytań ułożyłem sobie w głowie taką myśl: 95% wyborców wyznacza możliwe scenariusze. 5% rozstrzyga, który z nich się ostatecznie spełni. Zobrazowanie na podstawie ostatnich sondaży.

Z czterech najnowszych sondaży zrobiłem mieszankę, rozdzielając pomiędzy podane partie głosy niezdecydowanych. Wyszło mi takie poparcie:

  • PiS – 39%
  • PO – 25,6%
  • ZL – 9,6%
  • NRP – 7,3%
  • Kukiz’15 – 7%
  • PSL – 6,1%

Na tej podstawie policzyłem sobie podział mandatów – także dla hipotetycznych pięciu scenariuszy. Każdy z nich opiera się na przesunięciu nie więcej niż 2,5% u jednej partii. Dwa pierwsze zakładają, że nastąpią dwa takie przesunięcia – jedno na plus, drugie na minus. Trzy kolejne zakładają, że po dwie partie stracą a po dwie zyskają.

Pierwszy scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny. Kukiz kontynuuje swój lot koszący, spadając pod próg, zaś PSL dostaje więcej niż w sondażach, dzięki walorom swoich lokalnych aktywistów. W drugim scenariuszu pojedynek pomiędzy Petru a nową Lwicą Lewicy rozstrzyga się na korzyść tego pierwszego, co skutkuje przesunięciem rzeczonych 2,5% po tej linii. Zjednoczonej Lewicy brakuje niecałego procentu do wysokich koalicyjnych progów.

W trzecim scenariuszu dzieje się dokładnie na odwrót – Nowoczesnej Ryszardzie Petru brakuje do progu, bo szala przeważa na lewo. Do tego jeszcze, tak jak w pierwszym scenariuszu, PSL zyskuje a Kukiz traci. W czwartym scenariuszu liberalno-lewicowy elektorat, skutecznie wystraszony perspektywą rządów PiS, mobilizuje się nadspodziewanie. PSL i Kukiz pod progiem, zaś PO i lewica dostają bonus. Wreszcie ostatni scenariusz to również porażka nowych inicjatyw, tylko że zamiast lewicy, dodatkowe 2,5% dostaje PiS. Każda z małych partii choć raz traci, zaś z dużych choć raz zyskuje. Spodziewane podziały mandatów dla punktu wyjścia oraz wszystkich scenariuszy pokazuje wykres:

scenariusze2015Gdyby obecne sondaże nie kłamały, to PiS ma przed sobą niezły zgryz – czy wiązać się koalicją ze zbieraniną z list Kukiza, czy też odpowiedzieć na dzisiejszą zawoalowaną ofertę PSL. Teoretycznie potrzebne jest tylko kilka mandatów, które można wyłuskać z różnych partii… W każdym razie realnej alternatywy dla koalicji tworzonej przez PiS nie ma.

Gdyby jednak Kukiz wypadł z gry, zaś ludowcy wrócili do znanego nam już rozmiaru, to oni stają przed dylematem. Czy stworzyć rząd ze zwycięzcą, czy też anypisową czwórkoalicję. Łatwo w takiej koalicji nie będzie, zwłaszcza przy nieprzyjaznym prezydencie. Dodatkowo 6 rozłamowców z PO może ich zostawić zupełnie na lodzie.

Takich problemów nie ma, jeśli lewica wypada z obiegu – i Kukiz, i PSL, choć mają swoje kluby, grzeją ławy opozycji. Większość PiS jest minimalna, ale jest. Mogą się do niej co najwyżej przyłączyć. To dałoby jej większy komfort, lecz warunków to chyba nie bardzo mają jak stawiać.

Zyski PSL i lewicy mogą sprawić, że wystarczą one PO do zmontowania koalicji przeciw PiS. Bez Petru może być trochę łatwiej, lecz przecież zagrożenia pozostają te same. Jeszcze łatwiej byłoby, gdyby to Petru zastąpił w takiej koalicji PSL. Choć napięcia wewnątrz PO mogą być od tego jeszcze większe. Konserwatyści stają się bardziej osamotnieni.

Gdyby jednak nowe inicjatywy osłabły, zaś wzmocnił się PiS, to może on liczyć na całkiem stabilną większość. Brakuje do niej dosłownie kilku procent – 2,5 zyskane i 5 stracone przez dwie listy tuż nad progiem.

Jak nietrudno zauważyć, przewidywanie czegokolwiek ostatecznego ma bardzo słabe podstawy. Pewna jest tylko niepewność – zapewne do ostatniej chwili.

Nie głosuj na spis treści!

Dziś jeden z bardziej emocjonujących momentów kampanii wyborczej – losowanie numerów list. W wyborach sejmowych znów będziemy głosować z pomocą książeczki, która tak wiele złego zrobiła w wyborach samorządowych. Problemy pogłębi tym razem spis treści – zmiana wprowadzona przez sejm w odpowiedzi na tamten kryzys.

Po raz kolejny dała o sobie znać zasada, że na społeczne bolączki można aplikować lekarstwa nawet bez postawienia diagnozy. Coś nie tak z brzuchem? Nie trzeba sprawdzać, czy to biegunka czy zatwardzenie… Nie wiem, na jakiej podstawie ktoś wymyślił, że głosujący oddają nieważne głosy, bo nie mogą w książeczce znaleźć wymarzonej listy. Być może sam miał taki problem. W każdym razie sejm przyjął, że to właśnie przesądziło o gwałtownym wzroście liczby głosów nieważnych. Postanowił temu zapobiec jak potrafił najlepiej, to zaś nie jest szczególną rekomendacją. Stąd właśnie w najbliższych wyborach, po odwróceniu tytułowej strony, oczom wyborcy ukaże się lista partii startujących w wyborach. Wczoraj znajomy uświadomił mnie, że rodzi to poważne niebezpieczeństwo. Niejeden z głosujących postawi zapewne krzyżyk na tej właśnie liście. Można powiedzieć – tym samym odsiejemy najmniej rozgarniętych. Nie jestem jednak przekonany, czy demokracja powinna stawiać takie bariery tym, którzy już chcieli się pofatygować do lokali wyborczych.

Jednak nawet bez tego dodatkowego utrudnienia, można się spodziewać wzrostu liczby głosów nieważnych. Próbowałem to oszacować sprawdzając o ile wzrósł ich procent po wprowadzeniu książeczki w trzech rodzajach wyborów – europejskich, sejmikowych i powiatowych (wliczając w to miasta-powiaty). Na podstawie tamtych wzrostów można wyliczyć spodziewany efekt w 2015. Wygląda to tak:

niewazne2015Te wyliczenia oparte są na założeniu, że wzrost będzie proporcjonalny do wcześniejszej liczby takich głosów w wyborach danego typu. Akurat sejmiki są najmniej niepokojącym punktem odniesienia. W wyborach PE i rad powiatów wzrost liczby głosów nieważnych był większy, tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Średnia ze wszystkich trzech przypadków dokładnie odpowiada wzrostowi w wyborach europejskich, stąd już tu jej nie pokazywałem jako oddzielnego słupka.

Ponad 3% dodatkowych głosów mogłoby przesądzić o tym, kto będzie rządził krajem. Dlatego też mam nadzieję, że tytułowe hasło zostanie przejęte przez wszystkie partie, które będą o problemie przypominać swoim wyborcom. Nic nie stoi na przeszkodzie, by w lokalach wyborczych robili to członkowie komisji. Sam natomiast już się szykuję na ciekawe badania – kontynuację prowadzonych właśnie badań nad głosami nieważnymi w wyborach sejmikowych. Klasyfikację takich głosów trzeba będzie poszerzyć o nową kategorię. Dzięki temu będzie można się dowiedzieć, jaki też będzie rozkład poparcia wśród tych, którzy na spis treści jednak zagłosują.

PS. Problemu by nie było, gdyby zmienić ordynację na spersonalizowaną proporcjonalną,