Bezapelacyjne prawie zwycięstwo

Wczorajsza prezentacja wyników wyborów samorządowych przez prezesa partii rządzącej wzbudziła we mnie poważny niepokój. Z czym miałem problem, o tym na końcu, na początek zaś garść danych. W pierwszej kolejności wybory sejmikowe oraz rad powiatów (w tym miast-powiatów – ich pozycja polityczna jest mniejsza, bo nie wybierają egzekutywy, lecz za to decydują też o sprawach w kompetencjach gminy). Na podwójnym wykresie można zobaczyć liczbę głosów zdobytych przez poszczególne siły, liczbę mandatów, na którą się te głosy przełożyły, oraz to, co dziś już wiemy na temat możliwości wyłonienia większości. Z głosami sprawa jest jasna, bo każdy jest wart tyle samo. Natomiast mandaty zostały zważone liczbą mieszkańców jednostki. Mandat radnego sejmiku na Mazowszu i w Lubuskiem to nie to samo, podobnie jak radnego dwudziestotysięcznego powiatu sejneńskiego i dziesięć razy większego powiatu nowosądeckiego. Wyróżniłem kilka rodzajów większości – najprościej jest, gdy większość ma jedna partia. To jest zauważalne zjawisko tylko w przypadku PiS i PSL. PO/KO ma taką w jednym województwie i sześciu powiatach, przypadki te wliczyłem do kategorii EPL – Europejska Partia Ludowa – czyli koalicja PO-PSL. Do tego osobną kategorią jest EPL z przyległościami, czyli SLD i Mniejszością Niemiecką. Pod hasłem LOK kryją się wszystkie pozostałe komitety – nawet bez ich różnicowania obraz nie należy do najczytelniejszych.  Przypadki większości oznaczonej jako LOK oznaczają, że bez udziału komitetów innych niż wymienione, nie da się stworzyć większości. One więc – tak jak na Dolnym Śląsku – będą decydować, kto wejdzie do zarządów a kto nie. Większości też są zważone liczbą mieszkańców. Obrazek wygląda tak:

W sejmikach PiS bez wątpienia powiększył swój stan posiadania. Miał 6% władzy (Podkarpacie to województwo średniej wielkości), teraz na pewno będzie miał jedną trzecią. Może też – dzięki dolnośląskim Bezpartyjnym Samorządowcom – dobije do 40%. EPL z przyległościami poniosła bolesne straty. Lecz jakby nie patrzeć, PiS rządzi w mniejszej części, niż nie rządzi. Jest największą partią w sejmikach i wyszedł z dołka, w którym się znalazł w 2010. Jednak uznanie, że jest górą, wydaje się nieadekwatne. Wygląda na to, że suweren – by pozostać w poetyce obozu rządzącego – nie życzy sobie PiS u władzy aż tak bardzo, jak tego partia sama by sobie życzyła.

W powiatach nie jest szczególnie lepiej. Trudno chyba zaprzeczyć, że jest wyraźnie gorzej. Głosów mniej o 5%, mandatów niewiele ponad jedną trzecią, większość w trochę ponad jednej ósmej kraju. Mandatów EPL ma ciut mniej, lecz już niekwestionowana większość szczególnie nie odbiega od głównego oponenta. Natomiast w 2/3 kraju o kształcie koalicji zadecydują ugrupowania „lokalnych sitw”, z których PiS miał kraj oczyścić. Będzie ciekawie obserwować, jakie też miejscowe układanki powstaną w ramach walki z układem.

Jednak najbliższa mieszkańcom władza to gminy, zaś najsilniejszymi aktorami na lokalnych scenach – włodarze. Jak tu poszło partii rządzącej? Dwa wyjaśnienia. Oznaczenie PiS& to przypadki kandydatów, którzy mieli osoby komitet, lecz w bazie PKW zaznaczono, że są członkami tej partii lub też, że mają jej oficjalne poparcie (jest tam taka rubryka) – w przypadku pozostałych partii takoż. Medialnego poparcia nie sprawdzałem – tylko to, co jest na twardo zapisane w dokumentach.

Podzieliłem Polskę na trzy nieomal równe części. Jedną stanowią miasta-powiaty (czyli miasta typu Świnoujście, Skierniewice czy Biała Podlaska i większe). Gminy w powiatach podzieliłem na dwie równe części – granica przebiega gdzieś w okolicach 15 tys. mieszkańców. Te ponad to średnie gminy, te poniżej – mniejsze gminy. Głosy przeciw pojawiają się tam, gdzie był tylko jeden kandydat. Można zatem sprawdzić wyniki zarówno sumaryczne, jak i w urbanizacyjnej „trójpolówce”.

Te głosy po rozstrzygnięciach w drugiej turze przełożyły się na realną władzę tak jak poniżej (znów władza ważona jest wielkością miejscowości).

  Nie sposób zaprzeczyć, że generalnie PiS ruszył do przodu. Miał wcześniej 7,5% władzy w gminach, zaś teraz ma już 9,5%. Równie spektakularne straty poniósł PSL – miał 9% a teraz ma 7%.

Na koniec podzielenie zdobytego udziału we władzy przez zdobyte głosy – czyli skuteczność tych ostatnich. Kandydaci otwarci i powiązani już razem. Dla porównania wyniki sprzed 4 lat:

Wygląda na to, że rozochocenie partii rządzącej dorównywało tylko problemom, na jakie natrafiła. Wspomniany wyżej postęp został wypracowany w najmniejszych gminach. Natomiast regres to nie tylko sprawa największych miast. Również w gminach średniej wielkości jest gorzej, niż było dotąd. Może nie jest to tak spektakularna porażka, jak te 4% skuteczności w walce o władzę w miastach-powiatach. Nie mówimy tu o samych metropoliach – te miasta to już nie jest żaden margines 15%, to już jedna trzecia kraju. Zaś ze średnimi gminami, to już 2/3.

Wiadomo, że jak statystykę przycisnąć, to zezna wszystko, co się chce. Dlatego niepokoi mnie pytanie: czy wczorajsza konferencja to jest zaklinanie rzeczywistości – robienie dobrej miny do frustrującego wyniku, żeby działacze partii nie poddali w wątpliwość linii prezesa, którą z taką determinacją od trzech lat próbują wcielać w życie – czy też widzimy właśnie namacalne przejawy odrywania się od rzeczywistości. To nie jest coś, co pomaga w przyszłych zwycięstwach. Ale o tym już za następnym razem.

Jak wszystkie inne – czy inne niż wszystkie?

Tytułowe pytanie to klucz do wyborów samorządowych. Czy są one odzwierciedleniem krajowych podziałów, czy też podziały takie nie mają w nich żadnego znaczenia. Odpowiedź na nie jest z tych raczej złożonych, niż prostych. Tak – są odzwierciedleniem, tylko dość skrzywionym. Dlaczego – to dłuższa opowieść. Zacząć ją wypada od uświadomienia sobie, że w wyborach tych bierze udział spora grupa takich wyborców, którzy na ogólnokrajowe głosowania nie chodzą (co dotyczy zwłaszcza małych gmin). Za to spora część tych, którzy wybierają posłów, do udziału w zmaganiach kandydatów na włodarzy i radnych się nie zniża (to szczególnie dotyczy dużych miast). Zależność frekwencji od wielkości gminy pokazuje wykres poniżej. Rozmiar bąbelków obrazuje wielkość miejscowości. Dużych miast jest mało, małych gmin jest dużo – to oczywistość, lecz lepiej to zobaczyć, niż tylko usłyszeć.

Takie zjawisko zmienia wiele w samorządowej polityce – i tej sejmowej, i tej gminnej. Więcej na ten temat można przeczytać w opracowaniu, które można znaleźć pod linkiem na końcu tekstu. W blogu nie jest łatwo zmieścić wszystkie przedstawione tam wątki. Generalny wniosek jest jednak taki – partie pozostają na lokalnych scenach bardzo ważnymi aktorami – muszą jednak dostosować się do oczekiwań innej publiczności. Kto tego nie potrafi, nie powinien się spodziewać oklasków, lecz gwizdów.

Plik do pobrania: „Wybory samorządowe – wzory zaangażowania”

PAD i trop upadłych

Zapowiedź referendum w sprawie konstytucji, choć jej projektu jeszcze nie ma, już dziś skłania do zestawienia tych, którzy próbowali pójść podobnymi ścieżkami:

Matteo R. jeszcze pół roku temu był świetnie zapowiadającym się premierem dużego kraju. Chciał usprawnić rządzenie tym krajem – a mało kto miał wątpliwości, że to by się naprawę przydało – i przygotował bardzo konkretny plan reform. Postanowił poddać go pod referendum. Zaangażował się w nie tak bardzo, że postawił na szalę swój urząd. Kto nie wie, co było dalej, może sprawdzić w sieci.

David C. przed 10 miesiącami był premierem jeszcze większego kraju – atomowego mocarstwa. Był nim od 6 lat. Jednak cztery lata temu wymyślił, że w zwycięstwie wyborczym pomoże mu zapowiedź referendum w sprawie dalszego członkostwa kraju w UE. Dziś opowiada w mediach, że nigdy nie lubił europejskiej flagi. Ciekawe, czy stanowiska premiera także.

Bronisław K. był dwa lata temu prezydentem kraju średniej wielkości. Wbrew swoim oczekiwaniom nie zapewnił sobie reelekcji już w pierwszej turze a nawet ją tak jakby przegrał. Chcąc poprawić swoje szanse w turze drugiej, w błyskawicznym tempie ogłosił referendum w sprawie mającej od lat wielu zagorzałych zwolenników. Nie pomogło – ani jemu, ani tej sprawie.

Lech W. był już za życia legendą. Dzięki tej legendzie został prezydentem tego samego kraju, tylko dwadzieścia lat wcześniej. On też zarządził referendum – choć dopiero wtedy, gdy przegrał walkę o drugą kadencję. W niczym to już nie mogło mu pomóc.

Naprawdę w Kancelarii Prezydenta nie znalazł się nikt, komu przyszłoby do głowy, żeby się skonsultować z kimś z tej czwórki w sprawie sensowności referendum jako sposobu na ucieczkę od kłopotów? Na pewno chętnie udzieliliby odpowiedzi. Być może nawet szczerej.

Tuskograd

Wygląda na to, że „genialny strateg” poprowadził swoją partię na Tuskograd. Nie dość, że ze wspaniałego zwycięstwa – zarówno symbolicznego, jak i praktycznego – nic nie wyszło, to jeszcze skończyło się na jednoznacznej klęsce w totalnym okrążeniu. Czy najnowszy sondaż może otrzeźwić przynajmniej część kierownictwa PiS? W każdym razie prysznic to naprawdę zimny. Gdyby w najbliższą niedzielę odbyły się wybory, PiS oddaje władzę i nawet sojusz z Kukizem nie daje szansy na jej utrzymanie. Przeliczenie sondażu „Rzeczpospolitej” na mandaty wygląda tak:

Można się bronić przed rzeczywistością na dwa sposoby. Po pierwsze, podważać sondaże jako takie. Tyle tylko, że przez miniony rok koronnym argumentem polityków PiS, mającym potwierdzić sensowność prowadzonych działań, było właśnie sondażowe prowadzenie. Teraz dalej prowadzą, tylko ten wynik nie daje już złudzeń. Przy takim wyniku Kosiniak-Kamysz może powtórzyć za Pawlakiem „nie wiadomo, kto wygra wybory, ale na pewno nasz przyszły koalicjant”. Nic nie wskazuje na to, by mieli woleć PiS od PO z przyległościami.

Oczywiście można przejść do drugiej linii obrony – do wyborów dużo czasu a oderwana od rzeczywistości opozycja może jeszcze zawsze rządzącym podarować zwycięstwo. Tylko rządzący muszą chcieć przyjąć ten prezent. Tymczasem przez miniony rok prezesowi najwyraźniej udało się wmówić najbliższym współpracownikom, że jego geniusz pozwala zawiesić podstawowe prawa polityki. Ten sondaż potwierdza je jednak raz jeszcze. To opozycja odbywa pokutę polegającą na podnoszeniu się z kolejnych porażek. Od rządzących wyborcy oczekują zwycięstw realnych, nie zaś moralnych. To opozycja podgrzewa konflikty, żeby akumulować kapitał społecznego niezadowolenia. Próbą rządzących jest zdolność do ich ograniczenia, nie zaś dokładanie do kotła. Rządzącym pomóc mogą konflikty zewnętrzne (jak przed trzema laty agresja Rosji na Ukrainę uratowała symboliczne zwycięstwo PO w eurowyborach). Jednak najwyraźniej kluczowa część  Polaków nie uważa już relacji z UE za coś zupełnie zewnętrznego. Na pewno zaś nie zaczną uważać Tuska za obcokrajowca tylko dlatego, że tak to czuje jego wewnątrzkrajowy oponent. Tego typu retoryka trzymała PiS w ławach opozycji przez długie 8 lat. Najwyraźniej może go tam zaprowadzić raz jeszcze.

PS. Jedno zastrzeżenie do tytułowej analogii. Generalnie jestem zagorzałym przeciwnikiem „argumentum ad Hitlerum” czy też „Stalinum”. Wszystkie porównania do faszyzmu i komunizmu w ocenach ideowych aspektów polityki uważam za kompromitujące dla tych, którzy ich używają. Natomiast Stalingrad jest dla mnie przede wszystkim wydarzeniem militarnym, w którym skupiają się najróżniejsze problemy decyzyjne. Innego aspektu tej bitwy używałem przed ponad czterema laty do zobrazowania problemów PO. Można się o tym przekonać tu: https://www.tygodnikpowszechny.pl/syndrom-stalingradzki-17794

Świerzbienie rąk i trzęsienie nogami

„PiS znów szykuje wyborcze wunderwaffe” – alarmują raz za razem posłowie opozycji a przez media przelatują paniczne wizje. Nikt nie zadaje sobie wcześniej trudu, by cokolwiek sprawdzić. Wszyscy wieszczą dramatyczne efekty i koniec demokracji. Co do sprawdzania faktów, to mogę się tylko cieszyć, że nie mam tu konkurencji. Dla ciekawych – dziś test, jak wyglądałyby efekty likwidacji II tury wyborów samorządowych, gdyby takie rozwiązanie obowiązywało w 2014 roku a zgłoszone kandydatury i ich poparcie pozostałyby bez zmian.

Na załączonym obrazku można zobaczyć dwa wykresy. Na każdym z nich pokazano zaangażowanie partii sejmowych w wybory włodarzy, jak też i jego efekty. To zaangażowanie nie jest mierzone na sztuki – ilu też kandydatów na wójtów, burmistrzów i prezydentów wystawiły poszczególne partie i jak im poszło. Jednostką obliczeniową, którą przy tej okazji wymyśliłem, jest „jedlicze”. Jedlicze (koło Jasła) to absolutnie średnia polska gmina. Jej ludność – 15511 mieszkańców –  odpowiada ludności Polski podzielonej przez liczbę wybieranych włodarzy (2478) z dokładnością do jednego mieszkańca. Prezydent Warszawy odpowiada 122 jedliczom a Krakowa 50. Mława to 2 jedlicze, Podkowa Leśna to ćwierć jedlicza a Krynica Morska to jedna dwunasta. Można dzięki temu uzmysłowić sobie, w jakiej części kraju sprawują władze włodarze związani z poszczególnymi partiami. To związanie to nie musi być tylko start z komitetu danej partii. Do kalkulacji zostali włączeni wszyscy ci, których związek z partiami widoczny jest w danych PKW – są członkami danej partii, mieli jej oficjalne poparcie lub też startowali tego samego dania z list danej partii w wyborach powiatowych lub sejmikowych. Kandydatów pokazano w rozbiciu na inkumbentów (włodarzy zabiegających o reelekcję) oraz pretendentów (czyli dopiero zabiegających o dany urząd), jak też na tych, którzy wygrali i tych, którzy przegrali.

Po lewej stronie widoczne są rzeczywiste wyniki (bez Zielonej Góry, gdzie wybory były przesunięte i dwóch gmin wiejskich, gdzie nie przyniosły rozstrzygnięcia). Po prawej stronie pokazano, co też by się stało, gdyby wybory zakończyły się po pierwszej turze, a kandydat z najwyższym poparciem zdobył mandat – tak jak to się dziele np. w wyborach senackich.

No – a teraz zabawa „wytęż wzrok i znajdź, czym różnią się te dwa obrazki”.

Na początek jednak refleksja ogólna. Cóż – trudno nie dostrzec, dlaczego polityków PiS bardzo w sprawach samorządowych świerzbią ręce. Nawet wtedy, gdy już mieli generalną przewagę nad PO i PSL, w wyborach włodarzy szło im kiepsko. Patrząc na te dane, twarde zapowiedzi wygolenia samorządów z wielokadencyjnych włodarzy zalatują na kilometr partyjnym geszeftem. W dodatku zupełnie nieskutecznym. O ile w przypadku inkumbentów słabość PiS bije w oczy, to pozostaje ona faktem także wtedy, gdy porównamy tylko tych, którzy zdobyli mandat po raz pierwszy. PO wyprzedała tu PiS o prawie całą długość a i PSL deptał po piętach. Za to porażki inkumbentów z PiS zdarzały się niewiele rzadziej niż w przypadku SLD i wyraźnie częściej niż u partii koalicji.

Pierwszy efekt likwidacji drugiej tury to właśnie przede wszystkim zmniejszenie skali porażek dotychczasowych włodarzy. Nawet jeśli tych dwukadencyjnych uda się ustawowo wygolić (a krok to moim zdaniem nie dość, że głupi, to jeszcze samobójczy politycznie, bo oni już montują koalicje, żeby dostać się do rad powiatów i sejmików a ich zdania o partii rządzącej taktownie jest nie powtarzać) to przecież jednej trzeciej to na pewno nie ograniczy, zaś w gronie jednokadencyjnych inkumbentów związki z PiS ma tylko co ósmy.

Mechaniczny uzysk PiS w warunkach 2014 to raptem 17 „jedlicz” – czyli coś jakby odbicie jednego miasta wielkości Gdyni, czy też Płocka i Rybnika na spółkę – co oznacza „aż” dodatkowe 0,7% samorządowej władzy w kraju. Żeby się na to napalić lub tego szczególnie bać, trzeba być chyba rozchwianym emocjonalnie. Toż to jest kolejny wyczyn na miarę Gangu Olsena, jak blokowanie list przed dziesięciu laty.

Wracam do blogowania po prawie roku. Trochę się przez ten czas wydarzyło, lecz pewne wątki są stałe. Jednych ewidentnie świerzbią ręce, żeby coś tu jeszcze zmajstrować, jak jest ku temu wyjątkowa okazja. Drudzy tak trzęsą nogami, że to świerzbienie rąk biorą za szykowanie się do jakiś genialnych trików politycznych kieszonkowców. Tyle, że o takich trikach to się łatwiej marzy, niż faktycznie udaje się je zrealizować. Na szczęście prawo wyborcze nie poddaje się tak łatwo manipulacjom, jak to się jednym śni a drugim jawi w napadach strachu.

Można to też sprawdzić na przykładzie wyborów ogólnokrajowych. Niecały miesiąc temu opublikowałem raport o możliwych manipulacjach ordynacją sejmową. Można go znaleźć tu.

Verdun, Somma, Trybunał

Apele o kompromis w sprawie TK wyglądają na niewiele więcej ponad kolejną akcję w ramach wojny pozycyjnej, która zapewne będzie się ciągnąć miesiącami, o ile nie latami. Efekty takiej wojny mogą być podobne jak w przypadku toczonych przed stu laty bitew pod Verdun i nad Sommą. Równie tragiczne dla obu stron.

Konkretne pomysły w większości odnoszą się do problemów taktycznych – jak wyjście z klinczu podwójnego wyboru sędziów. Nawet jeśli część z nich sprowadza się tylko do zakamuflowanych propozycji kapitulacji przeciwnika, to i pozostałe zdają się uciekać od kluczowego dylematu i praźródła dzisiejszych problemów. Ten zaś w mej opinii wygląda w największym uproszczeniu tak:

Marzeniem opozycji jest, by TK podważał wszystko. Marzeniem rządzących jest, by nie podważał niczego. Każda ze stron próbuje doprowadzić do stanu przez siebie pożądanego. W oficjalnej opowieści ojcowie „Konstytucji ’97” starali się, by te dwa dążenia tworzyły równowagę. Dla dobra wspólnego dobrze byłoby, żeby TK był w stanie zarówno podważyć, jak i przepuścić kluczowe projekty każdej rządzącej większości.  Tak to wygląda z punktu widzenia wahającego się wyborcy, który ma świadomość, że rządzący mogą czasem mieć rację, zaś czasem się mylić. Nie chodzi przy tym wcale o kierunek ideowy. Rzecz niejednokrotnie bierze się z rozgorączkowania, często z ulegania pokusom władzy, w tym odcinaniu się od informacji i głosów krytycznych. Rozsądna równowaga byłaby tu stanem wymarzonym. Pomysłami na uzyskanie takiej równowagi była – poza niczego tu niestety nie gwarantującym wymogiem prawniczego profesjonalizmu – długość kadencji. Amerykańskim wzorem równowaga miała się też kształtować dzięki nieuniknionym ruchom wyborczego wahadła. Tu jednak pojawił się pierwszy problem. W USA wahadło to ma tylko dwa położenia – republikańskie i demokratyczne – zaś podział, na którym jest oparty jego ruch, idzie w poprzek establishmentu (choć ostatnio i tam jest z tym problem). U nas gra była wielobiegunowa, ze znacznie wyraźniejszymi skrzywieniami społecznymi. Do tego bieguny się przesuwały. Sojusze pomiędzy głównymi siłami nie były i nie są tak samo prawdopodobne. A jeszcze w Stanach nie ma skracania kadencji ani parlamentarnej, ani prezydenckiej, ilość elementów niepewnych jest zatem ograniczona. U nas zaś trudna do ogarnięcia sama w sobie, o konsekwencjach nie wspominając.

Efekt jest taki, że w praktyce trybunał stanowi trzecią izbę parlamentu, która pilnuje, żeby większość sejmowa nie krzywdziła nikogo za bardzo. Niby dobre choć i to, lecz w praktyce oznacza tyle, że jednych można krzywdzić bardziej niż innych. Dopuszczalne działania większości zależą w znacznym stopniu od bieżącej konfiguracji nastrojów. Na polu taktyki, system motywuje każdorazową większość do wyboru takich członków trybunału, którzy będą jednoznacznie po jej stronie, zniechęca zaś do takich, którzy byliby do przekonania przez przedstawicieli drugiej strony. Nie mówię, że zawsze tak się działo i dzieje – nie ma jednak przed taką logiką żadnego zabezpieczenia. Rzecz jest w części łagodzona przez fakt przynależności sędziów do jednego kręgu, po części – przez niewielki rozmiar tego grona.

Rozumiem, że mechanizm ten może komuś się nie podobać, lecz na razie nie widzę u nikogo woli zmiany tego stanu rzeczy. Dzisiejsza większość ma tu najwyraźniej dwie koncepcje. Pierwsza to taka, żeby teraz wolno było krzywdzić bardziej „ich”, niż „nas”. Druga – by cały mechanizm zablokować.

Tu w mętnawej wodzie pojawił się jeszcze jeden element, którego znaczenie jest pomijane – prezydent. To on ma kluczową rolę przy wyborze prezesa TK. Jeśli ktoś wierzy, że prezydent jest w Polsce arbitrem, to rozwiązanie to na pewno mu się podoba. Jednak realnie pomysł, by to on wybierał prezesa, jest jeszcze jednym narzędziem pilnowania status quo, które dano Aleksandrowi Kwaśniewskiemu latem 1997, w obliczu możliwego zwycięstwa AWS. Nasz kalejdoskop konstytucyjny tworzy tu po raz kolejny nietrywialne widowisko. Prezydent może pilnować, by aktualna większość w TK nie mogła sobie wybrać prezesa, jeśli nie odpowiada on obozowi prezydenta. Według pierwotnej ustawy sędziowie wybierają dwójkę kandydatów. To oznacza, że jeśli prezydent ma 6 sędziów po swojej stronie, to może któregoś z nich zrobić prezesem. Pozostała dziewiątka nie ma bowiem możliwości zablokowania takiego kandydata. Zaś to, co wtedy prezes może zrobić z trybunałem, zależy już tylko od jego inwencji i determinacji.  Ustawa PiS każe wskazać trójkę kandydatów, z których prezydent będzie wybierał swojego faworyta. To oznacza, że prezydentowi wystarczy 4 zwolenników, by przejąć ster w TK. To rozwiązanie kluczowe, gdy skończy się kadencja obecnego prezesa. Najwyraźniej PiS chciał swoją ustawą złapać wiele srok za ogon i – idealnie wpisując się w logikę IIIRP – dołożyć kolejny zestaw blokad do tych zawartych w systemie. Tym razem tylko wierząc, że te blokady będą blokować działanie blokad pozostawionych przez budowniczych całego tego pokręconego gmaszyska.  Nieodparcie nasuwa to myśl, że nie zamierza wcale budować IVRP, tylko od razu IXRP – IIIRP do kwadratu.

Z konfliktu wokół TK dałoby się wyjść jakoś inaczej, lecz na razie nie widać, by ktokolwiek był tym zainteresowany. Stąd, widząc logikę działania stron sporu, nie obiecuję sobie niczego po dzisiejszym spotkaniu. Inicjatywa prezesa PiS nieodparcie  nasuwa skojarzenia sprzed wieku – niemieckie inicjatywy pokojowe z 1916. Niby jesteśmy górą, lecz czujemy że słabniemy i dotychczasowe strategie zawodzą. Może więc spróbujemy czegoś, co podważy determinację naszych przeciwników, specyfikuje wątpiących wśród swoich i oddali groźbę interwencji USA? Obiecująco dla obozu rządzącego to nie wygląda, nawet jeśli dla opozycji też nieszczególnie…

Nierównowaga wahadła

Jeszcze przed rokiem nic nie wskazywało na to, że zmiana ordynacji wyborczej może być kluczowym czynnikiem w polityce. Potem przyszedł sukces Kukiza i nieszczęsne referendum. Przyniosły gorączkę, którą zgasiła deprymująca frekwencja. Niby jesteśmy w punkcie wyjścia. Lecz może by tak zrobić zmianę nie dzięki, ale właśnie bez takiej gorączki?

W każdym razie, dziś w „Rzeczpospolitej” ukazał się mój tekst poświęcony wymianie argumentów pomiędzy marszałkiem-seniorem Kornelem Morawieckim a zwolennikiem brytyjskich JOW-ów, Bartłomiejem Michałowskim z Instytutu Sobieskiego (link na końcu). Nie będę go tu przytaczał, bo jest dostępny po zalogowaniu. Chciałbym natomiast pokazać dane, na które w nim się powołuje. Chodzi o wątpliwą polaryzację, która występuje w naszych samorządach – w tych, gdzie po zastosowaniu systemu FPTP można przetestować obietnice jego zwolenników.

Najtrudniejszym do ideowego zbicia argumentem na rzecz brytyjskiego systemu jest ten, że generuje on jednoznaczny podział na rządzących i czającą się na ich miejsce opozycję, bez nieprzewidywalnych a podejrzanych koalicyjnych negocjacji. Gdyby tak w istocie się działo, byłby to poważny atut takiego rozwiązania. Rzecz w tym, że twierdzenie takie jest umiarkowanie zgodne z prawdą. Już w Wielkiej Brytanii reguła działa niezbyt dosłownie. Można oczywiście powoływać się na przykład senatu, gdzie zwycięzca wyborów sejmowych już po raz drugi wywalczył sobie bardzo bezpieczną większość, zaś pozostałe miejsca w przytłaczającej części zajęła główna partia opozycyjna. Bardzo duże wątpliwości budzą przykłady z Kanady czy Indii. Koniecznie trzeba jednak zobaczyć, co się stało w samorządach w 2014 roku. Zrobiłem dla nich zestawienie, pokazujące sumaryczny układ sił pomiędzy partią władzy a opozycją. Do tej pierwszej zaliczyłem radnych komitetu włodarza-inkumbenta, do tej drugiej – tych z komitetu jego najgroźniejszego konkurenta. Pozostali radni potraktowani zostali jako jeden zbiór. Jakąś część z nich stanowią cisi wspólnicy inkumbenta i pretendenta, pozwoliłem ich sobie jednak już pominąć, bo część to niewielka.  Zestawienie to wygląda tak:
2016_FPTP_gminy1Przewaga partii władzy – czy to lokalnych, czy sejmowych – jest powszechna. Jest tym większa, im mniejsza gmina. Detronizatorzy mają znacznie mniejszą zdolność skupiania wokół siebie aktywistów i wyborców. Opozycja jest rozbita na mniejsze ugrupowania, co dodatkowo ją osłabia i pozwala wygrywać rządzącym jednych przeciw drugim. W miastach-powiatach partie władzy mają się wyraźnie gorzej, za to partie opozycyjne – nieco lepiej.

Siła partii władzy jest wyraźnie mniejsza, jeśli nad inkumbentem zbierają się chmury, tak że jego start kończy się porażką.  Pozycja obu rodzajów komitetów w rozbiciu na los inkumbenta wygląda tak:

2016_FPTP_gminy2Silny obóz władzy ma najczęściej zdecydowaną przewagę nad obozem głównego konkurenta, który ma wtedy zwykle trzeciorzędne znaczenie. Lecz nawet sukces opozycji w wyborach włodarzy nie oznacza zbudowanie mocnego oparcia w radzie – co najwyżej jest ono porównywalne z tym, które mają stronnicy „byłego”. Inna rzecz, że w poprzedniej kadencji Jedna trzecie radnych z komitetu przegranego włodarza po czterech latach znalazła się w szeregach nowej partii władzy –  zapewne w myśl zasady umarł król – niech żyje król!

W każdym razie takie zestawienie pokazuje, że trzeba być ostrożnym przy rozważaniu rozwiązań, które pozwalają ustawiać się partiom władzy w wygodnej pozycji „wszyscy rozsądni kontra reszta świata”. To też może niejednokrotnie prowadzić do porażki, na pewno jednak jej nie ułatwia, choćby i rządzący na nią zasłużyli, gdyby tylko wybory odbywały się według innych reguł.

Tekst w „Rzeczpospolitej”, moje zeszłoroczne propozycje ordynacyjne.

500 czyli ile? – PR dopieszcza bliźnięta i strzyże maturzystów

Hasło „500 na każde dziecko” okazało się nierealne. Coś trzeba było przyciąć. Najwyraźniej okazało się, że chwytliwe „500” jest znacznie trudniejsze do ruszenia, niż „każde”. Do tego ostatniego można w końcu zawsze coś dopisać – np. drugie i niepełnoletnie. Można wtedy twierdzić, że się dotrzymuje słowa. Postanowiłem to sprawdzić na własnym przykładzie. Jako ojciec trójki dzieci w wieku szkolnym jestem wszak odbiorcą sztandarowego rządowego projektu.

Pierwsze odkrycie jest takie, że system uprzywilejowuje bliźnięta. Oczywiście trojaczki jeszcze bardziej. Ktoś, komu dorobienie się trójki dzieci zajęło aż 11 lat (liczonych od urodzin pierwszego do trzeciego), sam jest w końcu sobie winny. Jak się to przekłada na całkowite korzyści z systemu pokazuje obrazek. Na czerwono rodzina z dwójką dzieci, na zielono z trójką. Cyfry to łączny przychód rodziny z tytułu nowego świadczenia przez całe dzieciństwo potomstwa.

2016_02_dzietnosc1Rodzice bliźniąt zarobią na systemie o połowę więcej niż rodzice dwójki dzieci, jeśli pomiędzy tymi dziećmi jest 6 lat różnicy. Mój kolega, szczęśliwy ojciec trojaczków, będzie miał nowe przychody o połowę większe niż taka rodzina jak moja. Nie żałuję mu – wyobrażam sobie, jak mu jest ciężko od strony logistycznej. Chętnie jednak usłyszałbym jakieś uzasadnienie takiego zróżnicowania ze strony rządu, inne niż „szukaliśmy oszczędności i tak jakoś wyszło…”,

Moja najstarsza córka w niecały rok po wejściu w życie programu skończy osiemnaście lat. To radosne dla niej wydarzenie oznaczać będzie dla naszego domowego budżetu odebranie połowy prorodzinnych świadczeń. W końcu na rok przed maturą człowiek musi sobie zacząć dawać w życiu radę i ulżyć budżetowi nie tylko rodzinnemu, ale i całego państwa. Rozumiem, że od tego momentu może się już legalnie sama rozmnażać i państwo nie chce podcinać swoich zachęt na tym polu. Nic byśmy nie tracili, gdyby na 18-kę, w ramach prezentu, urodziła sobie bliźnięta…

Rozumiem, że wedle wyliczeń rządu, stać nas akurat na 500 na dziecko, ale licząc od drugiego i tylko do pełnoletności pierwszego. Postanowiłem więc sprawdzić, jak bardzo ucierpiałaby piarowska „wyrazistość” programu, gdyby te same pieniądze, które w obecnym systemie dostanie moja rodzina, podzielić według innego klucza. Są tu możliwe trzy zmiany.  Po pierwsze, co najczęściej jest dyskutowane, można dostawać pomoc na każde dziecko. Po drugie, można byłoby ją dostawać zaczynając nawet od drugiego, lecz już do jego pełnoletności, nie zaś do pełnoletności pierwszego dziecka. Można wreszcie płacić aż do zakończenia edukacji, czyli w uproszczeniu do 23 roku życia w przypadku osób studiujących. To tworzy różne kombinacje, których pięć pokazano na wykresie. Do tego w dwóch wariantach – dla rodziny w dokładnie takiej sytuacji jak nasza, oraz dla kogoś, komu pierwsze dziecko właśnie się urodziło, a będzie miał jeszcze dwójkę w dokładnie takich odstępach jak my. Kwotę, którą w każdej z tych sytuacji generuje właśnie przegłosowany system, podzieliłem przez liczbę miesięcy, w których dzieci w takiej rodzinie podpadałyby pod poszczególne warunki. Tym samym wyliczyłem, na jakie miesięczne wypłaty byłoby stać polskie państwo, przy ewentualnych zmianach warunków.  Wygląda to tak:

2016_02_dzietnosc2

Spektakularne „500”, po „doprecyzowaniu” warunków oznacza w moim przypadku raptem 100 na każde dziecko do końca poprawnej wyższej edukacji. Pięciokrotny spadek to i tak mało w porównaniu z tymi, którzy mają dwójkę studentów i jedno małe dziecko. Oni na „doprecyzowaniu” stracili wszystko. Przy pełnym cyklu życia rodziny to „tylko” trzykrotna strata. Już sam sposób liczenia liczby dzieci, wykluczający z rachunków pełnoletnie, obniża realne świadczenia o jedną trzecią całościowo, zaś w moim wypadku o 3/5, Można się spierać o sensowność poszczególnych z przedstawianych rozwiązań. Niemniej w każdym wypadku realne korzyści rodziny takiej jak moja, są ułamkiem tego pozoru, który jest tworzony przez imponującą nazwę.

Ech, za tydzień zaczynam wykłady z „Public Relations”. Będę miał bardzo obrazowy przykład na coś, co nazwałem sobie kiedyś „przepiarzeniem”. To określenie głupoty, motywowanej chęcią uzyskania lepszego powierzchownego efektu. Czy naprawdę „200 na każde uczące się dziecko, jeśli ma się ich co najmniej dwójkę”, było aż tak gorsze od złudnego „500+”?