Gang Olsena w amoku

Jaka piękna katastrofa… Jest już pewne, że wyborów w najbliższą niedzielę nie będzie, choć jeszcze przed tygodniem liderzy PiS zapewniali, że nie ma z tym najmniejszego problemu. Zaś miesiąc temu w ogóle nie rozpatrywali opcji, że coś się może z tym zdarzyć złego. Pytanie jest tylko takie, czy Gowin z najwierniejszymi druhami uratuje im twarz, czy też ją sobie rozkwaszą o ścianę realiów. Gdyby ktoś chciał sobie uświadomić, czym skończy się próba przeprowadzenia wyborów zgodnie z ustawą z 6.04, dziś trochę danych.

Samo korespondencyjne oddawanie głosów wydaje się bezpieczniejsze, bo skraca czas, w którym może dojść do kontaktów głosujących z postronnymi osobami. Dzieje się tak dlatego, że zostaje z głosujących zdjęty obowiązek uczestniczenia w procesie weryfikacji tożsamości po wejściu do lokalu wyborczego. Ma to jednak miejsce tylko wtedy, jeśli obowiązek ten nie zostaje przerzucony na moment kontaktu z listonoszem – w postaci legitymowania się związanego z obowiązkiem dostarczonego pakietu wyborczego do rąk własnych adresata. Jeśli obowiązku legitymowania nie ma, rodzą się spektakularne problemy polityczne – o tym dalej. Lecz nawet taka szalona ekstrawagancja nie likwiduje wszystkich problemów logistyczno-epidemicznych.

W każdym bowiem wypadku wybory korespondencyjne wydłużają czas, jaki administracja wyborcza musi poświęcić na zliczanie głosów. Jej obowiązkiem pozostanie dalej weryfikacja tożsamości głosującego, tylko już bez jego aktywnego udziału. Ten udział miał dotąd formę podejścia do jednego z ponad 100 tys. stanowisk do wydawania kart wyborczych, które są tworzone w obwodowych komisjach wyborczych przy okazji standardowych wyborów. Pod nieobecność obywatela, sprawdzanie tożsamości wymaga wyszukania go w bazie danych na podstawie numeru PESEL. Wymaga też dodatkowych sposobów kontroli uczciwości tego procesu, co z kolei wymaga zaangażowania dodatkowych ludzi i tym samym zwiększa liczbę kontaktów międzyludzkich i czas takich spotkań. Poniższy wykres pokazuje, ile zajmie ustalenie wyników I tury wyborów, gdyby osoby, przewidziane do tego zadania przez ustawę z 6.04, pracowały z taką wydajnością, jak monachijska administracja wyborcza. Po wyborach 29.03 w Monachium 250 sześcioosobowych zespołów przeliczało głosy 560 tys. wyborców przez 18 godzin, co oznacza przeliczenie 1000 głosów w trakcie ośmiu godzin pracy takiego zespołu.

Obliczony na powyższym wykresie czas pracy komisji grozi nieprzeprowadzeniem drugiej tury wyborów w konstytucyjnym terminie (14 dni). Rodzi wątpliwości, czy możliwe jest wykonywanie takiego zadania przez osoby pobierające dietę odpowiadającą zwykle nie więcej niż 20 godzinom pracy. Ustawa z 6.04 daje możliwość poszerzenia składu komisji w nadzwyczajnych okolicznościach. Gdyby takie komisje miały zakończyć swoją pracę w 18 godzin, tak jak to miało miejsce w Monachium, liczba osób, o które trzeba byłoby je poszerzyć, wielokrotnie przekraczałby ich przewidywany ustawą skład. Pokazuje to poniższy wykres.

Tak poszerzone komisje w największych miastach liczyłyby setki członków, co wymaga wcześniejszego wypracowania jakichś szczegółowych procedur i powołania struktur w obrębie komisji. To niezwykle trudne zadanie w krótkim czasie oraz w warunkach epidemii. Do tego w świetle obowiązującego kodeksu wyborczego podział komisji na zespoły jest sprzeczny z prawem. Budzi też poważne zastrzeżenia co do uczciwości wyborów. Nic nie wskazuje na to, by rozważane były obecnie jakieś zabezpieczenia przed tworzeniem zespołów jednolitych pod kątem sympatii politycznych. Rozstrzygnięcia takiego zespołu w sprawie niekompletności pakietu wyborczego są niepodważalne i nieweryfikowalne post factum.

Nie zawracając sobie głowy możliwą logistyczną katastrofą, obóz władzy prze do korespondencyjnych wyborów w nadziei, że ograniczona frekwencja przyniesie mu łatwe zwycięstwo, które wszyscy jakoś w końcu uznają. Oba te przypuszczenia są obarczone ogromnym ryzykiem.

Kluczowym elementem uchwalonego rozwiązania jest dostarczenie pakietów wyborczych wszystkim uprawnionym do głosowania, dodatkowo w postaci druku bezadresowego. Już samo dostarczenie wszystkim takich pakietów może spowodować nieprzewidywalne zmiany zachowań wyborczych. Pokazuje to wykres, na którym przedstawiono liczby głosów oddawanych w II turze wyborów burmistrzów w bawarskich miastach. We wszystkich miastach, niezależnie od wielkości, w wyborach 2020 roku oddano o prawie jedną czwartą głosów więcej niż w poprzednich takich wyborach w roku 2014.

Nie jest wcale oczywiste, czy oznacza to rzeczywisty wzrost obywatelskiego zaangażowania. Zapewne nie ma powodów, by wykluczać taką hipotezę – w wielu wypadkach może to być ułatwienie dla wyborców. Warto jednak rozważyć także inne możliwe hipotezy:

  • Oddawanie głosów za domowników, generalnie niezainteresowanych polityką i wcześniej niegłosujących.
  • Głosowanie za osoby zameldowane pod danym adresem, przebywające poza miejscem zamieszkania.
  • Przekazywanie pakietów sąsiadom, rodzinie, bądź innym osobom znanym osobiście a bardziej zainteresowanym polityką.
  • Aktywne pozyskiwanie przez politycznie aktywnych obywateli pakietów wyborczych od osób biernych politycznie, uzasadniane deklaracjami o pomocy w oddawaniu głosu.
  • Zwiększoną presję społeczną środowisk lokalnych i zawodowych – pozytywna odpowiedź na akcję typu „Go-To-Vote” jest znacznie łatwiejsza w przypadku powszechnego głosowania korespondencyjnego. 
  • Wykorzystanie porzuconych pakietów wyborczych celem zwielokrotnienia siły swojego głosu.

Wszystkie takie działania są szczególnie łatwe w przypadku rozwiązań przyjętych w ustawie z 6.04. Pakiety jako druki bezadresowe nie są zabezpieczone przed przywłaszczeniem – czy to celowym, czy przypadkowym. Jedynym przewidzianym sposobem weryfikacji tożsamości głosującego jest podanie numeru PESEL – tymczasem numer taki jest powszechnie dostępny w internetowych księgach wieczystych. Zdobycie takich numerów wszystkich współlokatorów-współwłaścicieli wymaga kilkuminutowych zabiegów. Kompletnymi spisami wyborców, wraz z ich numerami PESEL dysponują władze lokalne. W odróżnieniu od tradycyjnych kart do głosowania, pakiety nie zasobem o ściśle limitowanym dostępie. Otwiera to drogę do „wyścigu zbrojeń” na polu oszustw wyborczych. W szczególności warto zwrócić uwagę, że istotnym samousprawiedliwieniem dla takich działań jest poczucie krzywdy i bycie stroną w rywalizacji prowadzonej przeciw siłom politycznym oskarżanym o nadużywanie władzy.

Znaczenie takich zachowań w realiach polskich wyborów uzmysławia kolejny wykres. Pokazano na nim uczestników obu tur głosowania w wyborach prezydenckich 2015 – z uwzględnieniem tych, którzy nie brali udziału w głosowaniu, choć byli do tego uprawnieni. Wynik Andrzeja Dudy w II turze rozbito w ten sposób, by pokazać jego przewagę nad Bronisławem Komorowskim – margines zwycięstwa.

Dodatkowe dwa miliony wyborców zdecydowało się wziąć udział w wyborach w ciągu dwóch tygodni dzielących pierwszą turę od drugiej. Była to liczba czterokrotnie większa od marginesu zwycięstwa. Zjawisko takie nie występowało w wyborach prezydenckich 2010 roku. To pokazuje jak nieprzewidywalne są zachowania wyborców.

Jeszcze ważniejsze jest uzmysłowienie sobie, że 13,7 mln wyborców, którzy nie głosowali w 2015 roku, w warunkach ustawy z 6.04 otrzymałoby do skrzynek pakiety wyborcze. Jeden na dwadzieścia sześć z tych głosów wystarczyłby, żeby zmienić zwycięzcę tamtych wyborów. Powstaje pytanie, co stanie się z tymi milionami głosów. I czy ktokolwiek pogodzi się z wynikiem rywalizacji prowadzonej w tak nieprzewidywalnych warunkach? Niezależnie kto wygra, znajdzie on dziesiątki uzasadnień podważających formalny wynik. Nie da się ukryć, że wiele z tych uzasadnień może być przekonujących.

Źle zaplanowane wybory wcale nie muszą zamknąć okres szczególnego politycznego wzmożenia, jakim jest kampania wyborcza. Mogą podnieść takie wzmożenie na znacznie wyższy poziom. Emocje, towarzyszące porażce w rywalizacji są zawsze mniejsze od tych, które są wywoływane przez poczucie i niesprawiedliwości wywoływane przez złamanie obowiązujących reguł.

Są to fragmenty opracowania, do którego link umieszczono poniżej. Samo opracowanie jest pochodną zeszłotygodniowego seminarium Centrum Badań Ilościowych nad Polityką UJ. Samo seminarium też jest nagrane i można je sobie oglądnąć klikając w kolejny link.

Problemy głosowania korespondencyjnego – opracowanie pisemne

Nagranie z seminarium

Ta seria ma już wiele odsłon. Kto nie wierzy, może sprawdzić w linku poniżej. Obrazek spod tego właśnie linka. Kolejny odcinek, po „Gangu Olsena w amoku”, miał tytuł „Ostatni skok Gangu Olsena”…

https://krytykapolityczna.pl/kraj/pis-ordynacja-wyborcza-flis/

Wuhańska katastrofa, wyborcza ruletka

To, że PiS przeprosił się z głosowaniem korespondencyjnym, które upchał do pakietu antykryzysowego, okazało się mało znaczącą zmianą w ich myśleniu. Dzisiejsze przecieki z partii rządzącej zwiastują chęć dokonania kopernikańskiego przewrotu w organizacji polskich wyborów. Przewrotu zapoczątkowanego w Bawarii, radzącej sobie z problemem niedokończonych wyborów lokalnych. Chodzi o bezkontaktowe rozesłanie wszystkim obywatelom pakietów wyborczych a potem możliwość ich – także bezkontaktowego – odesłania administracji wyborczej. To rozwiązanie anulujące trochę roztrząsanych ostatnio problemów, lecz dodające nowe. Naprawdę ciężkiej wagi.

Znika problem udostępniania szkół i przepustowości urzędów pocztowych, awizowania i odbierania listów poleconych. Lecz problemy logistyczne się mnożą. Urząd miasta Krakowa będzie musiał rozesłać 600 tys. pakietów. Nie wydaje się, by mając na przygotowanie dwa tygodnie, dało się to zautomatyzować. Będzie potrzebna do tego rzesza ludzi. Potem jakieś 450 tys. pakietów trzeba będzie otworzyć i policzyć. W ostatnich wyborach głosy w Krakowie liczyło 4000 osób. Czy do otwierania pakietów i sprawdzania ich zawartości potrzeba będzie więcej osób, czy mniej? Nie sądzę, by ktoś znał odpowiedź. Można dopytać w Bawarii. Tak czy owak, potrzebne będą na pewno zgromadzenia łamiące wszystkie obowiązujące obostrzenia. Mogące przyczynić się do rozprzestrzenienia koronawirusa i podatne na sparaliżowanie, jeśli do zakażenia ich członków dojdzie wcześniej.

Najważniejsza jednak jest inna innowacja – te 150 tys. pakietów, które zostaną gdzieś w narodzie, bo zostaną wysłane do tych, którzy zwykle w wyborach nie głosują. Może jakaś część z nich się skusi i skorzysta z nowej możliwości. Może jednak jakaś część skusi się na coś zupełnie innego. Ciekawe, po ile będzie chodzić taki pakiet na Allegro… Czy będzie przestępstwem obejście sąsiadów i zadeklarowanie pomocy w oddaniu głosu? Czy dopuszczalne będzie podrzucenie koperty do skrzynki, czy może także wyręczenie w postawieniu krzyżyka na karcie? Czy można komuś oddać swój pakiet wraz z podpisanym oświadczeniem, że się głos oddało osobiście? Czy ktoś będzie ścigał takie procedery? Czy sądy będą rozpatrywać protesty wyborcze, poparte nagraniami z kupowania głosów? W 2011 roku Sąd Okręgowy w Świdnicy nakazał powtórzenie wyborów prezydenta Wałbrzycha po ujawnieniu takiej afery. Czy to się teraz może powtórzyć?

Żeby nie być gołosłownym, jedno zobrazowanie problemów, które już pojawiły się w poprzedniej notce. Wykres pokazuje losy pakietów, które zostały wysłane zainteresowanym wyborcom w 2015 roku, gdy każdy mógł, lecz nie musiał, skorzystać z takiej opcji. Zsumowano wszystkie przypadki uznania nadesłanego głosu za niekompletny (czyli niekwalifikujący się do wrzucenia do urny) w jedną kategorię. Głosy, które trafiły do urny podzielono na ważne i nieważne w takiej proporcji, w jakiej dzielił się ogół oddanych głosów. To tylko po to, żeby zobaczyć ogół zmarnowanych pakietów na tle „tradycyjnych” nieważnych głosów.

Udział pakietów, które poszły „na rozkurz”, wielokrotnie przewyższa spodziewaną różnicę pomiędzy kandydatami w ewentualnej drugiej turze. Ciekawe czyi wyborcy będą unieważniać swoje głosy częściej, mając kłopoty z ogarnięciem całej procedury…

W obliczu wuhańskiej katastrofy, obóz rządzący chciałby nam zafundować zabawę w wyborczą ruletkę. Jest bardzo prawdopodobne, że wszystko się posypie od strony logistycznej, nawet po zastosowaniu zupełnie nieortodoksyjnych rozwiązań. Gdyby nawet to jakimś cudem udało się ogarnąć, jest też szansa, że kolosalne zaufanie społeczne, które jest potrzebne do takiego bezkontaktowego głosowania, zostanie przez nadgorliwców nadużyte. Nieomal pewne jest, że przegrana strona, ktokolwiek by nią nie był, będzie miała poczucie kolosalnej krzywdy i będzie obwiniać za porażkę nie swoje słabości, lecz słabości takiej procedury. W tym bębenku jest za dużo kul, by nawet największy hazardzista uznał tę grę za wartą świeczki.

PS. Sprawdziłem sobie jeszcze, że w drugiej turze wyborów prezydenckich 2015, głosowanie korespondencyjne było ponad dwukrotnie popularniejsze w tej części kraju, gdzie wygrywał Komorowski. Z której strony tego nie oglądać, to się całe pruje. Możliwe jednak, że pomysł z powszechnym głosowaniem korespondencyjnym jest potrzebny tylko po to, żeby najwierniejsi i najbardziej zawzięci dziennikarze obozu rządowego mogli jakoś przejść do porządku dziennego nad odwołaniem wyborów – „prezes miał genialny plan, tylko ta podła, kłótliwa opozycja zablokowała to, na co z utęsknieniem czekały miliony Polaków – nie było więc wyjścia, jak wprowadzić stan nadzwyczajny, żeby jakoś ukrócić jej niecne knowania „.

Tragifarsa wyborcza

Nowe inicjatywy i wypowiedzi obozu władzy w sprawie wyborów wpisują się dobrze w dzisiejszą datę. Tylko nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Gdyby ktoś z obserwatorów chciał sobie wyrobić jakieś wyobrażenie o realnych problemach, na które mogą trafić najnowsze pomysły Nowogrodzkiej na przezwyciężenie wyborczych przeciwności, garść faktów.

Zacznijmy od głosowania korespondencyjnego. Dane z dwóch ostatnich wyborów sejmowych (gdzie frekwencja i struktura głosujących jest najbliższa do tej z wyborów prezydenckich) podaje tabela.

Głosowanie korespondencyjne nie wystawiało dotąd ani administracji, ani poczty, na szczególne wyzwanie –  czy to to dostępne tylko niektórym, jak w 2019 roku, czy to dla wszystkich cztery lata wcześniej. Największa liczba kopert, która przyszła do jednej komisji w 2015 roku, to 75. W żadnej gminie nie było do wysłania, ani do późniejszego rozdzielenia pomiędzy komisje, więcej niż 500 kopert. Nikt zatem nie jest przećwiczony w obsłudze masowego wydarzenia tego typu. Tymczasem ono samo w sobie niezwykle komplikuje całą procedurę głosowania. Czyli wymaga do obsługi większych zasobów, w szczególności ludzkich. Dla ścisłości. Zwykłe wybory obsługuje prawie 25000 komisji, w których pracuje 250000 osób. W zwykłej powszechnej komisji głosuje około 1000 osób. W Polsce jest obecnie 7500 urzędów pocztowych, zaś cała poczta zatrudnia około 80000 osób. Do komisji się idzie raz, zaś głosowanie korespondencyjnie wymaga dwukrotnego kontaktu z operatorem procesu – ktokolwiek by nim nie był. Pakietu nie można przekazać obywatelowi bez potwierdzenia, ani nie można bez potwierdzenia odebrać. Pominięcie takiej procedury grozi podważeniem jakiejkolwiek wiarygodności wyborów. Odebranie i nadanie listu poleconego zajmuje z reguły więcej czasu – w szczególności po stronie obsługi – niż wydanie karty do głosowania w komisji. Zmiany, jakie zaszły w naszym życiu, każą przypuszczać, że chętnych na głosowanie korespondencyjnie będą teraz setki tysięcy, jeśli nie miliony. W przeprowadzonych na początku epidemii bawarskich wyborach lokalnych ponad dwie trzecie głosów zostało oddanych w ten sposób. Wprowadzone ustawą, która już weszła w życie, głosowanie korespondencyjne dla osób 60+ byłoby kolosalnym wyzwaniem organizacyjnym i politycznym, nawet gdyby wybory miały się odbyć jesienią. W powyższej tabeli można też zobaczyć, jak dużym kłopotem dla obywateli jest taka nowa procedura – przy umasowieniu głosowania korespondencyjnego liczba pomyłkowych głosów nieważnych może iść w setki tysięcy. Uniknięcie tego wymaga zaabsorbowania ich uwagi, która teraz jest jednak skierowana w zupełnie inną stronę.

Drugim wątkiem jest bunt głównych organizatorów – administracji gminnej. Marszałek Ryszard Terlecki pogroził za to „buńczucznym” samorządowcom komisarzem. Jak już nieraz w jego przypadku, trudno uniknąć wrażania, że powiedział to, co myśli, nie zaś przemyślał to, co mówi. Szybki rzut oka do ustawy i kilkuminutowa konsultacja z prawnikami pozwala ustalić, że taka groźba nie jest zbytnio wiarygodna, na pewno zaś nie ma daje żadnego bezpośredniego wpływu na przygotowania do majowych wyborów. Wprowadzenie komisarza do gminy to całkiem dokładnie opisana procedura, zajmująca minimum 30 dni, za to bez gwarancji powodzenia. Jest zaskarżalna sądownie i wymaga wcześniejszego wezwania do zaprzestania łamania prawa. Nie jestem przekonany, czy nawet osobista interwencja Zbigniewa Ziobry pozwoli znaleźć sędziego, który za coś takiego uzna wysłanie do przewodniczącego PKW pisma informującego o braku możliwości przeprowadzenia wyborów ze względu na sytuację epidemiologiczną. Zaś takich sędziów już teraz trzeba byłoby znaleźć setkę.

Jednak nawet gdyby w ramach próby samorządowego „impeachmentu” jakiś komisarz został przez wójta wpuszczony do urzędu przed wyborami, to trudno sobie wyobrazić, by był w stanie zorganizować głosowanie przy choćby minimalnym biernym oporze pracowników. Dla nich zaś to nie będzie sprawa polityki, tylko zdrowia. W setkach polskich gmin obsługa wyborów po stronie urzędu oznacza nieuchronny bliski kontakt z kilkudziesięcioma obcymi osobami – trzeba wszak fizycznie odebrać od nich protokoły, wcześniej zaś wydać karty do głosowania, pieczątki etc. Wygląda na to, że na Nowogrodzkiej nie ma akurat nikogo, kto widział organizację wyborów z bliska i ma świadomość jak skomplikowane jest to przedsięwzięcie.

Wszyscy ci, którzy w administracji opierają się majowym wyborom, czują za plecami poparcie zdecydowanej większości społeczeństwa. Pokazujące masowy sprzeciw sondaże publikowane są dzień za dniem. Czytają je też policjanci, urzędnicy wojewody, sędziowie i wszyscy ci, których partia rządząca – według krążących przecieków – chciałaby użyć do przywołania do porządku lub zastąpienia lawinowo narastającego grona protestujących. Pójście na zwarcie musi się skończyć jakąś niewiarygodną kompromitacją.

Minęło raptem 10 dni od wywiadu Jarosława Kaczyńskiego w RMF, który ukierunkował działania Nowogrodzkiej. Od tego czasu ściana realiów przybliża się nieubłaganie, lecz szarża wiernej drużyny tylko się rozpędza. Czy jeśli zamknie się oczy, uderzenie o taką ścianę będzie mniej bolesne? Śmiem wątpić.

Wirus i bawarskie wybory

15 marca w Bawarii odbyły się wybory lokalne. Do tego dnia w Niemczech zgłoszono 7046 przypadków zakażenia koronawirusem. Z nich 1139 przypadło na Bawarię. W ciągu kolejnych 10 dni w Bawarii przybyło 6851 przypadków, zaś w reszcie kraju 22574. W przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców zmiany te wyglądają tak:

W ciągu 10 dni w Bawarii przybyło o 20 przypadków więcej niż w reszcie kraju. W tym czasie w Nadrenii-Palatynacie, gdzie poziom  zachorowań 15 marca był nawet minimalnie wyższy niż w Bawarii, nowych chorych było nieco poniżej 35 na 100 tys. Bawaria jest tu ewidentnym ewenementem.

Powszechnie wiadomo, jakie ryzyko niesie uśrednianie zróżnicowanych przypadków. Dlatego takie ogólne porównanie zostało pogłębione przez analizę na poziomie powiatów. Jej wyniki pokazuje kolejny wykres. Z analizy wyłączono dwa ekstrema – powiat Hainsberg w Nadrenii Północnej, gdzie 15 marca liczba chorych przewyższała pięciokrotnie następny w kolejności przypadek, oraz miasto-powiat Kaufbeuren w Bawarii, gdzie do 25 marca nie zgłoszono żadnego przypadku. Bawarskie powiaty wyróżniono na czerwono. Dla obu grup wykres pokazano najprostszą linię trendu i równanie regresji.


Gdyby ktoś miał wątpliwości, co taki wykres oznacza, to najprościej ująć to można tak – jeśli porównamy dwa powiaty, w których 15 marca była taka sama liczba zachorowań, to 10 dni później w Bawarii było o 17 przypadków na sto tysięcy mieszkańców więcej. Z ogólnej różnicy 20 przypadków, 3 wynikać mogą z początkowego zróżnicowania. Pozostałe zaś mogą oczywiście wynikać z wielu różnych czynników, którymi Bawaria różni się od Nadrenii czy innych części Niemiec. Lecz fakt wyjątkowego masowego wydarzenia, jakim jest powszechne głosowanie i wielogodzinne zbiorowe ustalanie wyników przez komisje wyborcze, wydaje się wyjaśnieniem wysoce prawdopodobnym. Jeśli taka hipoteza jest prawdziwa, to przeprowadzenie wyborów w Bawarii doprowadziło do zakażenia się kororawirusem przez około 2000 osób.

Uwzględniając różnice w wielkości kraju, w przypadku Polski wybory takie jak bawarskie odpowiadałoby za około 6000 nowych zachorowań. Lecz oczywiście są tacy, którzy uważają, że w Polsce nie dzieje się nic, co uzasadniałoby przesunięcie wyborów. W Bawarii też tak na pewno myślano.

Liczba zachorowań na podstawie danych Instytutu Roberta Kocha. Gorące podziękowania za pomoc w ich zdobyciu dla dr hab. Kamila Marcinkiewicza z Uniwersytetu w Hamburgu.

PS. Gdyby ktoś był ciekaw, jak wygląda nieco porządniejszy model, to jego parametry wyglądają tak:

Bezapelacyjne prawie zwycięstwo

Wczorajsza prezentacja wyników wyborów samorządowych przez prezesa partii rządzącej wzbudziła we mnie poważny niepokój. Z czym miałem problem, o tym na końcu, na początek zaś garść danych. W pierwszej kolejności wybory sejmikowe oraz rad powiatów (w tym miast-powiatów – ich pozycja polityczna jest mniejsza, bo nie wybierają egzekutywy, lecz za to decydują też o sprawach w kompetencjach gminy). Na podwójnym wykresie można zobaczyć liczbę głosów zdobytych przez poszczególne siły, liczbę mandatów, na którą się te głosy przełożyły, oraz to, co dziś już wiemy na temat możliwości wyłonienia większości. Z głosami sprawa jest jasna, bo każdy jest wart tyle samo. Natomiast mandaty zostały zważone liczbą mieszkańców jednostki. Mandat radnego sejmiku na Mazowszu i w Lubuskiem to nie to samo, podobnie jak radnego dwudziestotysięcznego powiatu sejneńskiego i dziesięć razy większego powiatu nowosądeckiego. Wyróżniłem kilka rodzajów większości – najprościej jest, gdy większość ma jedna partia. To jest zauważalne zjawisko tylko w przypadku PiS i PSL. PO/KO ma taką w jednym województwie i sześciu powiatach, przypadki te wliczyłem do kategorii EPL – Europejska Partia Ludowa – czyli koalicja PO-PSL. Do tego osobną kategorią jest EPL z przyległościami, czyli SLD i Mniejszością Niemiecką. Pod hasłem LOK kryją się wszystkie pozostałe komitety – nawet bez ich różnicowania obraz nie należy do najczytelniejszych.  Przypadki większości oznaczonej jako LOK oznaczają, że bez udziału komitetów innych niż wymienione, nie da się stworzyć większości. One więc – tak jak na Dolnym Śląsku – będą decydować, kto wejdzie do zarządów a kto nie. Większości też są zważone liczbą mieszkańców. Obrazek wygląda tak:

W sejmikach PiS bez wątpienia powiększył swój stan posiadania. Miał 6% władzy (Podkarpacie to województwo średniej wielkości), teraz na pewno będzie miał jedną trzecią. Może też – dzięki dolnośląskim Bezpartyjnym Samorządowcom – dobije do 40%. EPL z przyległościami poniosła bolesne straty. Lecz jakby nie patrzeć, PiS rządzi w mniejszej części, niż nie rządzi. Jest największą partią w sejmikach i wyszedł z dołka, w którym się znalazł w 2010. Jednak uznanie, że jest górą, wydaje się nieadekwatne. Wygląda na to, że suweren – by pozostać w poetyce obozu rządzącego – nie życzy sobie PiS u władzy aż tak bardzo, jak tego partia sama by sobie życzyła.

W powiatach nie jest szczególnie lepiej. Trudno chyba zaprzeczyć, że jest wyraźnie gorzej. Głosów mniej o 5%, mandatów niewiele ponad jedną trzecią, większość w trochę ponad jednej ósmej kraju. Mandatów EPL ma ciut mniej, lecz już niekwestionowana większość szczególnie nie odbiega od głównego oponenta. Natomiast w 2/3 kraju o kształcie koalicji zadecydują ugrupowania „lokalnych sitw”, z których PiS miał kraj oczyścić. Będzie ciekawie obserwować, jakie też miejscowe układanki powstaną w ramach walki z układem.

Jednak najbliższa mieszkańcom władza to gminy, zaś najsilniejszymi aktorami na lokalnych scenach – włodarze. Jak tu poszło partii rządzącej? Dwa wyjaśnienia. Oznaczenie PiS& to przypadki kandydatów, którzy mieli osoby komitet, lecz w bazie PKW zaznaczono, że są członkami tej partii lub też, że mają jej oficjalne poparcie (jest tam taka rubryka) – w przypadku pozostałych partii takoż. Medialnego poparcia nie sprawdzałem – tylko to, co jest na twardo zapisane w dokumentach.

Podzieliłem Polskę na trzy nieomal równe części. Jedną stanowią miasta-powiaty (czyli miasta typu Świnoujście, Skierniewice czy Biała Podlaska i większe). Gminy w powiatach podzieliłem na dwie równe części – granica przebiega gdzieś w okolicach 15 tys. mieszkańców. Te ponad to średnie gminy, te poniżej – mniejsze gminy. Głosy przeciw pojawiają się tam, gdzie był tylko jeden kandydat. Można zatem sprawdzić wyniki zarówno sumaryczne, jak i w urbanizacyjnej „trójpolówce”.

Te głosy po rozstrzygnięciach w drugiej turze przełożyły się na realną władzę tak jak poniżej (znów władza ważona jest wielkością miejscowości).

  Nie sposób zaprzeczyć, że generalnie PiS ruszył do przodu. Miał wcześniej 7,5% władzy w gminach, zaś teraz ma już 9,5%. Równie spektakularne straty poniósł PSL – miał 9% a teraz ma 7%.

Na koniec podzielenie zdobytego udziału we władzy przez zdobyte głosy – czyli skuteczność tych ostatnich. Kandydaci otwarci i powiązani już razem. Dla porównania wyniki sprzed 4 lat:

Wygląda na to, że rozochocenie partii rządzącej dorównywało tylko problemom, na jakie natrafiła. Wspomniany wyżej postęp został wypracowany w najmniejszych gminach. Natomiast regres to nie tylko sprawa największych miast. Również w gminach średniej wielkości jest gorzej, niż było dotąd. Może nie jest to tak spektakularna porażka, jak te 4% skuteczności w walce o władzę w miastach-powiatach. Nie mówimy tu o samych metropoliach – te miasta to już nie jest żaden margines 15%, to już jedna trzecia kraju. Zaś ze średnimi gminami, to już 2/3.

Wiadomo, że jak statystykę przycisnąć, to zezna wszystko, co się chce. Dlatego niepokoi mnie pytanie: czy wczorajsza konferencja to jest zaklinanie rzeczywistości – robienie dobrej miny do frustrującego wyniku, żeby działacze partii nie poddali w wątpliwość linii prezesa, którą z taką determinacją od trzech lat próbują wcielać w życie – czy też widzimy właśnie namacalne przejawy odrywania się od rzeczywistości. To nie jest coś, co pomaga w przyszłych zwycięstwach. Ale o tym już za następnym razem.

Jak wszystkie inne – czy inne niż wszystkie?

Tytułowe pytanie to klucz do wyborów samorządowych. Czy są one odzwierciedleniem krajowych podziałów, czy też podziały takie nie mają w nich żadnego znaczenia. Odpowiedź na nie jest z tych raczej złożonych, niż prostych. Tak – są odzwierciedleniem, tylko dość skrzywionym. Dlaczego – to dłuższa opowieść. Zacząć ją wypada od uświadomienia sobie, że w wyborach tych bierze udział spora grupa takich wyborców, którzy na ogólnokrajowe głosowania nie chodzą (co dotyczy zwłaszcza małych gmin). Za to spora część tych, którzy wybierają posłów, do udziału w zmaganiach kandydatów na włodarzy i radnych się nie zniża (to szczególnie dotyczy dużych miast). Zależność frekwencji od wielkości gminy pokazuje wykres poniżej. Rozmiar bąbelków obrazuje wielkość miejscowości. Dużych miast jest mało, małych gmin jest dużo – to oczywistość, lecz lepiej to zobaczyć, niż tylko usłyszeć.

Takie zjawisko zmienia wiele w samorządowej polityce – i tej sejmowej, i tej gminnej. Więcej na ten temat można przeczytać w opracowaniu, które można znaleźć pod linkiem na końcu tekstu. W blogu nie jest łatwo zmieścić wszystkie przedstawione tam wątki. Generalny wniosek jest jednak taki – partie pozostają na lokalnych scenach bardzo ważnymi aktorami – muszą jednak dostosować się do oczekiwań innej publiczności. Kto tego nie potrafi, nie powinien się spodziewać oklasków, lecz gwizdów.

Plik do pobrania: „Wybory samorządowe – wzory zaangażowania”

PAD i trop upadłych

Zapowiedź referendum w sprawie konstytucji, choć jej projektu jeszcze nie ma, już dziś skłania do zestawienia tych, którzy próbowali pójść podobnymi ścieżkami:

Matteo R. jeszcze pół roku temu był świetnie zapowiadającym się premierem dużego kraju. Chciał usprawnić rządzenie tym krajem – a mało kto miał wątpliwości, że to by się naprawę przydało – i przygotował bardzo konkretny plan reform. Postanowił poddać go pod referendum. Zaangażował się w nie tak bardzo, że postawił na szalę swój urząd. Kto nie wie, co było dalej, może sprawdzić w sieci.

David C. przed 10 miesiącami był premierem jeszcze większego kraju – atomowego mocarstwa. Był nim od 6 lat. Jednak cztery lata temu wymyślił, że w zwycięstwie wyborczym pomoże mu zapowiedź referendum w sprawie dalszego członkostwa kraju w UE. Dziś opowiada w mediach, że nigdy nie lubił europejskiej flagi. Ciekawe, czy stanowiska premiera także.

Bronisław K. był dwa lata temu prezydentem kraju średniej wielkości. Wbrew swoim oczekiwaniom nie zapewnił sobie reelekcji już w pierwszej turze a nawet ją tak jakby przegrał. Chcąc poprawić swoje szanse w turze drugiej, w błyskawicznym tempie ogłosił referendum w sprawie mającej od lat wielu zagorzałych zwolenników. Nie pomogło – ani jemu, ani tej sprawie.

Lech W. był już za życia legendą. Dzięki tej legendzie został prezydentem tego samego kraju, tylko dwadzieścia lat wcześniej. On też zarządził referendum – choć dopiero wtedy, gdy przegrał walkę o drugą kadencję. W niczym to już nie mogło mu pomóc.

Naprawdę w Kancelarii Prezydenta nie znalazł się nikt, komu przyszłoby do głowy, żeby się skonsultować z kimś z tej czwórki w sprawie sensowności referendum jako sposobu na ucieczkę od kłopotów? Na pewno chętnie udzieliliby odpowiedzi. Być może nawet szczerej.

Tuskograd

Wygląda na to, że „genialny strateg” poprowadził swoją partię na Tuskograd. Nie dość, że ze wspaniałego zwycięstwa – zarówno symbolicznego, jak i praktycznego – nic nie wyszło, to jeszcze skończyło się na jednoznacznej klęsce w totalnym okrążeniu. Czy najnowszy sondaż może otrzeźwić przynajmniej część kierownictwa PiS? W każdym razie prysznic to naprawdę zimny. Gdyby w najbliższą niedzielę odbyły się wybory, PiS oddaje władzę i nawet sojusz z Kukizem nie daje szansy na jej utrzymanie. Przeliczenie sondażu „Rzeczpospolitej” na mandaty wygląda tak:

Można się bronić przed rzeczywistością na dwa sposoby. Po pierwsze, podważać sondaże jako takie. Tyle tylko, że przez miniony rok koronnym argumentem polityków PiS, mającym potwierdzić sensowność prowadzonych działań, było właśnie sondażowe prowadzenie. Teraz dalej prowadzą, tylko ten wynik nie daje już złudzeń. Przy takim wyniku Kosiniak-Kamysz może powtórzyć za Pawlakiem „nie wiadomo, kto wygra wybory, ale na pewno nasz przyszły koalicjant”. Nic nie wskazuje na to, by mieli woleć PiS od PO z przyległościami.

Oczywiście można przejść do drugiej linii obrony – do wyborów dużo czasu a oderwana od rzeczywistości opozycja może jeszcze zawsze rządzącym podarować zwycięstwo. Tylko rządzący muszą chcieć przyjąć ten prezent. Tymczasem przez miniony rok prezesowi najwyraźniej udało się wmówić najbliższym współpracownikom, że jego geniusz pozwala zawiesić podstawowe prawa polityki. Ten sondaż potwierdza je jednak raz jeszcze. To opozycja odbywa pokutę polegającą na podnoszeniu się z kolejnych porażek. Od rządzących wyborcy oczekują zwycięstw realnych, nie zaś moralnych. To opozycja podgrzewa konflikty, żeby akumulować kapitał społecznego niezadowolenia. Próbą rządzących jest zdolność do ich ograniczenia, nie zaś dokładanie do kotła. Rządzącym pomóc mogą konflikty zewnętrzne (jak przed trzema laty agresja Rosji na Ukrainę uratowała symboliczne zwycięstwo PO w eurowyborach). Jednak najwyraźniej kluczowa część  Polaków nie uważa już relacji z UE za coś zupełnie zewnętrznego. Na pewno zaś nie zaczną uważać Tuska za obcokrajowca tylko dlatego, że tak to czuje jego wewnątrzkrajowy oponent. Tego typu retoryka trzymała PiS w ławach opozycji przez długie 8 lat. Najwyraźniej może go tam zaprowadzić raz jeszcze.

PS. Jedno zastrzeżenie do tytułowej analogii. Generalnie jestem zagorzałym przeciwnikiem „argumentum ad Hitlerum” czy też „Stalinum”. Wszystkie porównania do faszyzmu i komunizmu w ocenach ideowych aspektów polityki uważam za kompromitujące dla tych, którzy ich używają. Natomiast Stalingrad jest dla mnie przede wszystkim wydarzeniem militarnym, w którym skupiają się najróżniejsze problemy decyzyjne. Innego aspektu tej bitwy używałem przed ponad czterema laty do zobrazowania problemów PO. Można się o tym przekonać tu: https://www.tygodnikpowszechny.pl/syndrom-stalingradzki-17794