Archiwa tagu: wybory

Jedynki – liderzy złudzeń

Nie wierzcie oficjalnym deklaracjom i medialnym komentarzom. To, kto startuje z jedynki na liście, ma w obecnym systemie marginalne znaczenie dla jej wyniku. To jedno z długiej listy złudzeń, którymi karmi nas obecny system. Złudzenie to najbardziej widoczne – tak jak same jedynki – choć może niekoniecznie najbardziej szkodliwe. Skoro jednak od tego zaczynają się przedwyborcze podchody, to i ja poświęcę mu nieco uwagi.

Od ogólnej reguły są oczywiście wyjątki. Te pozytywne to Przemysław Gosiewski czy Radosław Sikorski w roku 2007, którzy najwyraźniej pociągnęli swoje listy. O negatywnych wyjątkach na koniec. Niemniej jednak porównanie wyników obu głównych partii w dwóch ostatnich wyborach daje dane naprawdę jednoznaczne. Na początek jednak trzeba rozprawić się z zupełnie początkowym problemem i złudzeniem – liczbą głosów zdobytych przez jedynkę.

We wszystkich mediach znaleźć można po wyborach zestawienie, którzy kandydaci zdobyli najwięcej głosów. Przedstawiane to jest tak, jak gdyby to była ich osobista zasługa. To jest trzeci rodzaj prawdy w rozumieniu księdza Tischnera. Liczba zdobytych głosów jest w pierwszej kolejności zależna od wielkości okręgu, czyli liczby uprawionych do głosowania. Największy okręg ma pod tym względem przewagę względem najmniejszego w proporcji 3,2:1. Kolejny czynnik to frekwencja – tu zróżnicowanie ma się jak 1,6:1. Potem jest jeszcze poparcie partii, które różni się u obu głównych sił podobnie. W roku 2007 było to 2,4:1. Te zmienności mogą się w partiach przemnażać lub równoważyć. W efekcie liczba głosów zdobytych przez listę w najkorzystniejszym okręgu (dla obu partii to Warszawa I) do najmniej korzystnego (PO – Radom, PiS – Piła) ma się jak 7,7:1 (PO) i 4,9:1 (PiS).

Dopiero teraz można spróbować ustalić realną siłę lidera. Jej miarą jest procent głosów oddanych na listę, którą zgarnęła jedynka. O ile sama liczba głosów zdobytych przez jedynkę waha się w relacji 30:1 (PO) czy 23:1 (PiS), o tyle procent z głosów na listę jest już zróżnicowane znacznie mniej – 4,8:1 (PO) i 7:1 (PiS). Procent głosów zdobytych przez lidera zależy od dwóch czynników. Pierwszym jest coś, co rzeczywiście zależy od tego, kto jest jedynką – widoczność medialna (szczegóły w książce oraz publikacji w „Zeszytach Prasoznawczych”). Do tego dochodzi jednak jeszcze struktura osadnicza, która przesądza o rozproszeniu głosów w obrębie listy. Rozproszenie to wynika z rywalizacji pomiędzy poszczególnymi powiatami czy miastami. Średnia efektywna liczba kandydatów na liście dużych partii (liczona tak jak w politologii liczy się efektywną liczbę partii) jest skorelowana z efektywną liczbą powiatów w okręgu na poziomie 0,7. Po prostu – metropolie głosują na jedynki czy innych nielicznych medialnych kandydatów, powiaty ziemskie na swoich. Efektywna liczba powiatów w okręgach różnicuje się w proporcjach 10,7:1. Znów Warszawa jest ekstremum.

Spektakularne liczby głosów Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego brały się ze skumulowania możliwych przewag – Warszawa to okręg największy, o najwyższej frekwencji i bez podziałów terytorialnych. Na polu obecności w mediach liderzy mieli rzeczywistą, miażdżącą przewagę. W efekcie obaj uzyskali nieomal identyczny, najwyższy w kraju wskaźnik koncentracji – po 86,3%. Jednak jego spektakularny efekt w liczbach głosów wynikał już z cech okręgu. Można to łatwo zobaczyć sprawdzając, co by się działo, gdyby taki sam poziom koncentracji głosów dwa liderzy wywalczyli w innych okręgach. Pierwsze porównanie to te okręgi, w których ich partia miała najwyższe poparcie – Gdańsk (PO) i Nowy Sącz (PiS). Drugie, to okręg Elbląg – jeden z najmniejszych i do tego jeden z najniższą frekwencją. Natomiast procentowe poparcie dla PO i PiS jest tam nieomal takie, jak w Warszawie. Spodziewane liczby głosów pokazuje wykres:

jedynki2007Nawet w matecznikach swoich partii obaj liderzy mogliby liczyć na mniej niż połowę warszawskich głosów. Realnie pewnie jeszcze mniej, bo w Kartuzach czy Zakopanem ludzie bardziej są skłonni do głosowania na „swoich” niż na Woli czy Pradze. Natomiast w Elblągu ta sama siła lidera przekłada się na pięciokrotnie mniejszą liczbę głosów.

No to czas na znaczenie dla wyniku listy. Zrobiłem sobie takie zestawienie – o ile zmieniła się realna siła lidera pomiędzy 2007 a 2011 (czyli procent głosów w obrębie listy) a o ile wynik listy (procent ważnych głosów). Na wykresie obie zależności dla PO i PiS. Bardzo podobne.

jedynki2007-2011Jak widać, zależności są śladowe. Linie zmieniają się w całkiem poziome, jeśli pominąć dwa skrajne przypadki w PO i jeden w PiS, gdy procent dla jedynki spadł bardzo istotnie. Te trzy okręgi są warte uwagi. W PO to przypadki Poznania i Krakowa, gdzie dotychczasowe jedynki zostały – w wyniku wewnątrzpartyjnych intryg – zepchnięte na dalsze miejsca. W PiS to przypadek obsadzenia zupełnie anonimowego Piotra Pyzika w miejsce śp. Zbigniewa Religi a dodatkowo przerzucenie do sąsiedniego okręgu innego rozpoznawalnego posła – Wojciecha Szaramy. Jednak nawet w tych przypadkach można pokazać miejsca, gdzie spadek poparcia dla partii był większy, choć siła lidera nawet nieznacznie wzrosła. Wygląda na to, że – jeśli już – znaczenie dla wyniku partii mają ostre wewnętrzne konflikty, wokół których koncentruje się przekaz medialny. Można też w konkretnych przypadkach pokazać efekty braku na listach znaczących postaci obecnych na nich wcześniej. Bezpośrednie przełożenie jest bardzo słabe.

Jedynki mają znaczenie tylko dla bezpieczeństwa mandatu w przypadku słabeuszy oraz rozbuchanego ego w przypadku baronów. Ci ostatni mogą się potem chwalić swoim pozornym poparciem i używać tego jako argumentu na rzecz wzmocnienia swojej pozycji w partii. Może to zrobić wrażenie wyłącznie na tych, którzy nie zadali sobie trudu, by problemowi przyglądnąć się uważnie. W tym systemie liczba głosów oddanych na jedynkę nie jest żadnym wskaźnikiem przywództwa. Jest za to – w obu partiach – skorelowana z liczbą urodzeń w okręgu zdecydowanie bardziej, niż z procentowym poparciem dla danej partii. Zagadka pewnie nie za trudna, lecz może ktoś z czytelników zechce się zabawić i wyjaśnić, skąd taka zależność. Inaczej ktoś jeszcze zacznie twierdzić, że to dowód na płodność liderów.

PS. Zapowiadana notka o STV i AV jest już przemyślana, przykłady zebrane a obrazki gotowe. Dokończę ją w pierwszej wolnej chwili.

Polowanie na mandaty w gąszczu hipokryzji

W partiach – niezależnie od tego, co tam za oknem – jest gorąco i burzowo. W najlepsze trwają podchody wokół układania list. Media piszą o tym raz po raz, bo przecieki do mediów są narzędziem w tym podchodach. Nie są jednak w stanie odtworzyć całego gąszczu hipokryzji, który towarzyszy polowaniu na mandaty w realiach polskiej ordynacji.

Dzięki depeszy PAP, przez media – od GW do wPolityce – przemknęło kilka moich wyjaśnień w tej sprawie. To skromny skrót książki „Złudzenia wyboru”, gdzie rzecz jest zgłębiana w szczegółach. Tu medialne tezy uzupełnię jednym wyliczeniem. Pokazuje ono podział ról i szans w polowaniu na mandaty. Podział ten dotyczy ostatnich wyborów, lecz w 2007 roku wyglądał nieomal identycznie. Stąd można przypuszczać, że i w tym roku się powtórzy (nie omieszkam sprawdzić).

W naszej ordynacji teoretycznie wszystko jest możliwe, lecz w praktyce dość przewidywalne. W szczególności liczba mandatów, na które partie mogą liczyć w każdym z okręgów. Gdyby PO i PiS zamieniły się poparciem w porównaniu z ostatnimi wyborami (na co dziś się zanosi), z partii do partii przejdzie 50 mandatów. To oznacza przejęcie przez zwycięzcę z zasady jednego mandatu w okręgu, zaś w co czwartym okręgu mandatów dwóch. Czyli pozostałe 300 mandatów przypadnie tam, gdzie ostatnio. Jak nietrudno zauważyć, walka o to, kto zostanie posłem, w 1/7 rozstrzygnie się między partiami a w 6/7 już tylko w obrębie partii.  Oczywiście walka o to, komu przypadnie zbiorowo wypracowana nagroda oraz kto imiennie zapłaci na porażkę, będzie szczególnie zażarta.

W walce tej kluczowe znaczenie ma nałożenie się dwóch podziałów. Pierwszy dzieli kandydatów na inkumbentów (obecnych posłów) oraz pretendentów (całą resztę). Drugi to podział na zajmujących miejsca mandatowe strzelców oraz wypełniających dalsze miejsca listy naganiaczy.  Przypomnę, że miejsca mandatowe to te, które odpowiadają liczbie zdobytych przez listę mandatów. Przed wyborami da się to wyznaczyć z dokładnością ±1, no czasem 2. Po wyborach można policzyć, jak poszło czterem kategoriom kandydatów, których takie dwa podziały wyznaczają.

Wbrew potocznym wyobrażeniom, przy układaniu list inkumbenci nie są bezwarunkowo uprzywilejowani. W 2011 roku w każdej z czterech partii co piąty poseł wystartował jako naganiacz, zastąpiony na pozycji strzeleckiej przez jakiegoś pretendenta bliższego sercu centrali lub promowanemu przez koterię zwycięską w wewnętrznej walce o władzę w okręgu. Choć oczywiście gros strzelców to inkumbenci, zaś naganiaczy – pretendenci.

Ich wyborcze szanse pokazuje wykres. Dla każdej z czterech grup obliczyłem procent zwycięzców i przegranych.

2011szanseNajbardziej wyrównana walka toczy się pomiędzy inkumbentami „sczyszczonymi” (tak określa to polityczna gwara) a promowanymi pretendentami. Ich szanse są porównywalne. Trochę zależy od tego, ilu z takich strzelców-pretendentów wyląduje na jedynkach, skąd w dużych partiach przegrać jest bardzo trudno. Strzelcy-inkumbenci mogą spać spokojniej, choć przecież ich też z reguły spotyka dziesiątkowanie. Najczęściej na tej zasadzie, że pretendent trafia na jedynkę i jest nie do ruszenia (bo to np. medialny minister), zaś za jego plecami rozgrywa się pojedynek pomiędzy dwoma inkumbentemi – tym uprzywilejowanym i tym zdołowanym. Ten drugi nie jest bez szans.

Ten mechanizm można byłoby traktować jako koślawą podpórkę kulejącej rywalizacji wewnątrzpartyjnej. Argumenty przeciw są dwa. Po pierwsze – taka rywalizacja jest całkowicie chorobliwa. O sukcesie przesądza nie tyle zdolność do przyciągania głosów wyborców, ile zdolność do rozpraszania ich u konkurentów za pomocą odpowiedniej konfiguracji naganiaczy-pretendentów. Szczególną rolę odgrywają tu więzi terytorialne. To w ich imię listy zapełniane są do ostatniego miejsca. Zasadniczym efektem – i argumentem przeciw – jest jednak żałosny los takich lokalnych naganiaczy-pretendentów. Z wielką regularnością mandat zdobywa jednocyfrowy ich odsetek. Każda historia jest tu inna, lecz całość opowieści nie napawa optymizmem. Naganiacze-frajerzy są potrzebni partiom by napędzać głosy wyborców-frajerów w imię lokalnych interesów. „Nasz powiat powinien mieć swojego posła!” – to ich generalne zawołanie. System to obiecuje szczodrze, lecz nie daje żadnych szans, by ta obietnica spełniła się choćby w połowie powiatów ziemskich. Takie w każdym razie są wnioski z przebiegu wszystkich głosowań minionego ćwierćwiecza.

Wiedza ta jest przez partie skrywana przed zainteresowanymi. Gdy trwa nagonka na naganiaczy, każdemu obiecuje się najpierw dobre miejsce. Gdy z czasem wychodzi, że to jednak nie będzie piąte, lecz piętnaste, można zawsze podkreślić, że tak znana osoba na pewno sobie poradzi. Trzeba tylko „zrobić dobrą kampanię” – czyli poświęcić jak najwięcej czasu, energii i pieniędzy. A że te wydatki przyniosą korzyść innym, nie zaś zainteresowanemu, tego się przecież nie musi podkreślać. Ewentualne wątpliwości można rozwiać argumentem, że wyborcy tego nie zapomną i rozpoznawalność przyda się następnym razem (mocno wątpliwe), lub że partia tego nie zapomni, gdy będzie rozdzielać stanowiska w administracji (lub żeby pamiętać, komu zawdzięcza się już zajmowane stanowisko).  Pisałem tu o tym już parę razy, lecz z różnych reakcji wnoszę, że nigdy dość przypominania o tym wrednym mechanizmie. W szczególności zaś ubawiła mnie interpretacja „wPolityce”, jakobym demaskował mechanizmy działania PO. Droga redakcjo, w PiS wygląda to tak samo i to od lat. Kto nie wierzy, może sobie w książce sprawdzić takie wyliczenia dla każdej z partii z osobna. Reguły są jedne dla wszystkich i tak samo demoralizujące. Kto próbował w nie się wpasować przepełniony idealizmem, ten to odczuł najmocniej. Cwaniacy czują się w swoim żywiole.

PS. STV i AV muszą jeszcze poczekać – na razie zgromadziłem dane niezbędne do zilustrowania problemów.

Ordynacja – referendum a konstytucja

Reakcja części konstytucjonalistów na ordynacyjne referendum wprawia mnie w konsternację. Wygląda na to, że przyjęli oni narrację Ruchu na rzecz JOW, wedle której jednomandatowe okręgi oznaczają brytyjski system FPTP i nic innego. To by wyjaśniało ich wątpliwości, sugerujące jakiś związek referendum i konstytucji. Żeby rozwiać takie wątpliwości, chciałbym przedstawić tu mechanizm ordynacji, która spełnia podstawowe założenia Kukiza (460 okręgów, jeden poseł w każdym z nich, jeden głos, jedna tura), lecz jest całkowicie proporcjonalna. To znaczy proporcjonalna na wejściu (w takim rozumieniu, że kolejność w rankingu poparcia nie ma wpływu na to, która partia dostanie mandat, większego niż teraz) oraz na wyjściu – ma tak małe odchylenia od proporcjonalności, jakie są możliwe przy 460 mandatach. Od razu zastrzegę – NIE JESTEM ZWOLENNIKIEM TAKIEGO ROZWIĄZANIA. Dlaczego – wyjaśnię na przykładach. Najpierw jednak opiszę sam mechanizm. W sumie prosty.

Dzielimy kraj na okręgi w liczbie mandatów. W każdym startuje sobie kto chce. Jeśli jednak jakieś ugrupowanie wystawi kandydatów w więcej niż jednym okręgu, to głosy na nich oddane się sumują. Kiedy już mamy listę wszystkich komitetów, które wystawiły choć jednego kandydata oraz sumę głosów na każdy komitet oddanych, uruchamiamy standardową procedurą z dzieleniem mandatów proporcjonalnie, czyli dzieleniem tych głosów przez kolejne liczby (już obojętne, czy całkowite jak w  dH, czy nieparzyste jak w SL). Jeśli jakiś komitet otrzymać ma mandat, to NATYCHMIAST przydzielamy go do konkretnego okręgu. Jeśli to komitet jednego kandydata, to może go dostać tylko on. Jeśli jednak komitet ma kilku kandydatów, to najpierw trzeba sprawdzić, który z nich ma największe poparcie (procent w swoim okręgu). To on dostaje mandat. Z jednym jednakże zastrzeżeniem. Jeśli w danym okręgu jakiś kandydat innego komitetu dostał już mandat, to taki okręg jest pomijany. Mandat przypada następnemu kandydatowi danego komitetu, według kolejności poparcia – z zastrzeżeniem, że jego okręg nie jest już zajęty. Jeśli komitet ma tylko pojedynczego kandydata a jego okręg jest już zajęty, to komitet taki wypada oczywiście z gry. Kiedy zakończymy już taką procedurę, mamy 460 mandatów podzielonych proporcjonalnie pomiędzy wszystkie komitety a w każdym okręgu jednego posła, który będzie go reprezentował. Posła, który zdobył głosy tylko w tym jednym okręgu. Ładnie brzmi? Owszem, ale wygląda już gorzej.

Jak działałby taki system prześledziłem na wyborach sejmikowych. Nie wchodząc już w problem książeczkowego bonusu dla PSL, można je traktować jako przykład zróżnicowania poparcia dla różnych ugrupowań. Podział na okręgi wzięty jest z projektu, o którym napiszę przy innej okazji. Jakoś odpowiada wielkością możliwym okręgom sejmowym. Wziąłem pod lupę trzy z czterech największych województw.  Różnią się one liczbą znaczących komitetów oraz niuansami geografii wyborczej – to Małopolska, Mazowsze i Śląsk.  Żeby sobie uprościć problem, przyjąłem też 5% próg wyborczy, co eliminuje drobnicę, lecz wcale nie kluczowe problemy. Na początek Małopolska. W tabeli pokazano poparcie dla trzech komitetów w poszczególnych okręgach (w Krakowie generalne dla miasta). Szczegółowe obliczenia pozwolę sobie pominąć – kto chce, może sprawdzić samodzielnie. Zaciemniono te okręgi, w których komitet otrzymał mandat. W zdecydowanej większości przypadków przypadły one kandydatom z największym poparciem w okręgu. Jednak nie we wszystkich. W czterech okręgach proporcjonalny podział odbiera mandat zwycięzcy (wyróżnionemu zielonym tłem). Jeśli zaś na problem popatrzeć z perspektywy rywalizacji wewnątrz partii, to konieczność pomijania okręgów, gdzie inny kandydat dostał już mandat, również prowadzi do zaburzenia zdroworozsądkowych wyobrażeń. Czerwonymi liczbami zaznaczono przypadki, gdy kandydat musiał się obejść ze smakiem, bo gdy przyszła jego kolejka, to mandat w jego okręgu był już w rękach kogoś innego.

slowen_malopolskaW sumie to jednak tylko 5 odstępstw od zwykłego FPTP. Gdyby o mandacie decydowała tylko kolejność w okręgu, PiS miałby 3 mandaty więcej, PSL mniej o 2 a PO mniej o 1. Dodatkowo jeden mandat dla PO byłby w innymi miejscu. PiS miałby samodzielną większość, która z proporcji wcale nie wynika. Przy okazji – gdyby każdy z kandydatów startował indywidualnie, taki system jest całkowicie tożsamy z FPTP. Zwolennicy tego ostatniego powinni więc mu przyklasnąć, jeśli wierzą, że partie w JOW-ach znikną a ludzie będą się kierowali wyłącznie zdaniem o konkretnym kandydacie. Swoją drogą, nie wiem jak sobie z tym problemem poradzą ci prawnicy i politolodzy, którzy dostrzegają jakieś fundamentalne różnice pomiędzy systemem „większościowym” a „proporcjonalnym”.

Jako-tako wygląda to jednak tylko w najbardziej uporządkowanym politycznie województwie (jakim jest Małopolska). Na Mazowszu rzecz jest nie tylko bardziej skomplikowana ze względu na pojawienie się SLD, lecz ze względu na znacznie większe zróżnicowanie tego województwa. Najpierw jednak wyniki – zasady te same:

slowen_mazowszeW skali województwa wybory wygrał PiS. Według proporcji należy mu się 10 z 30 mandatów. Gdyby jednak decydowała sama kolejność, straciłby połowę z tego. W przytłaczającej części okręgów jest bowiem drugi na mecie. W Warszawie przegrywa z PO, w większości powiatów ziemskich z PSL. W FPTP zwycięzcą byłby PSL. Miałby prawie połowę mandatów – 14 – choć i PiS, i PO zdobyły więcej głosów. SLD oczywiście nie ma żadnych szans na mandat w bezpośredniej walce. Jednak w rozważanym systemie jego obecność oznaczać może odebranie mandatu zwycięzcy mającemu całkiem spore poparcie (Śródmieście) lub też zaskakujące rozstrzygnięcie w Legionowie – gdzie trzech się bije, tam czwarty korzysta.

Wreszcie drugie z pary największych województw, gdzie dochodzi jeszcze problem RAŚ.

slowen_slaskTu system FPTP też prowadziłby do jednoznacznego rozstrzygnięcia. PO zdobywając ledwie 27% ogółu głosów, zdobywa samodzielną większość. Ma o połowę więcej mandatów niż PiS, którego wyprzedza o marne 2%, SLD mogłoby tu liczyć na jeden mandat bezdyskusyjny a PSL na dwa. Przy lekko zmienionym układzie sił mogłyby dalej być języczkiem u wagi a obietnica samodzielnych rządów zwycięzcy nie byłaby spełniona.

Natomiast czysto proporcjonalne JOW-y znów prowadziłyby do sporego zamieszania. Już w co czwartym okręgu wynik jakoś by się gryzł ze zdrowym rozsądkiem. Można powiedzieć – przecież nasza obecna ordynacja prowadzi nie do takich cudactw. To jednak  słaby argument. W każdym razie, jeśli spojrzeć z drugiej strony, przy stuprocentowej proporcjonalności, wynik w zdecydowanej większości przypadków dalej jest taki jak w FPTP.

Wszystko to piszę, bo w trakcie zeszłotygodniowego Forum Debaty Publicznej u ustępującego prezydenta, rozmawiałem o problemie z kilkoma osobami i obiecałem im opis systemu z JOW, który byłby absolutnie jednoznacznie proporcjonalny. Tu obietnicę tę spełniam. Raz jeszcze – nie dlatego, żebym taki system popierał. Jest on natomiast zobrazowaniem innej zasady, o której w trakcie Forum mówiłem. Proste rozwiązania, takie jak FPTP, nasza obecna ordynacja, czy wreszcie system dziś opisany, generują zazwyczaj bardzo złożone problemy. Ich rozwiązanie wymaga zwykle złożonych regulacji. Te zaś opierają swoją skuteczność na delikatnej równowadze. Dlatego wymagają szczególnej uwagi. Dzisiejsza notka to wstęp do prezentacji takiego właśnie rozwiązania. Czekam na jego opublikowanie w innej formie, wtedy tu też je opiszę szczegółowo. Natomiast na dziś zaprezentowany system będę się też powoływał zawsze, gdy usłyszę wątpliwości co do konstytucyjności referendum. Jak już pisałem, mam z referendum kłopot. Lecz akurat nie ten.

PS. O obietnicy w prawie STV oraz AV pamiętam, lecz jeszcze chwilę musi to poczekać.

Kręcenie okręgów

Dla uczciwości wyborów ważne jest nie tylko to, kto liczy głosy, lecz także to, kto wyznacza granice okręgów. Im są one mniejsze, tym to ważniejsze. Znaczenie tej sprawy będzie można przetestować już za rok z okładem – w wyborach samorządowych.

Na fali dyskusji nad inicjatywą Kukiza pojawiać się zaczęły symulacje podziału mandatów po wprowadzeniu JOW (np. w Polityce). Jest z nimi pewien kłopot – właśnie podział na okręgi. Jakiś trzeba przyjąć, choć zbyt szczegółowego to się chyba nikomu nie chce opracowywać. Roboty bardzo dużo a prawdopodobieństwo użyteczności znikome. Tymczasem jak rzecz jest niebanalna, najlepiej zobaczyć na przykładzie.

Na mapce z wikipedii pokazano wyniki II tury wyborów prezydenckich 2010 – najbardziej wyrównane wybory w tym tysiącleciu. Kółeczkiem zaznaczono specyficzne miejsce – Konin z obwarzankiem powiatu ziemskiego oraz powiat słupecki. Gdyby podzielić kraj na 460 okręgów, na te trzy powiaty przypadałyby nieomal idealnie trzy mandaty.

konin

Przy podziale tych trzech powiatów stajemy przed dwoma dylematami, które dają w sumie cztery rozwiązania. Pierwsze pytanie dotyczy powiatu słupeckiego, który można owszem zrobić okręgiem samodzielnym, lecz trochę maławym. W miarę standardowy okręg można uzyskać przyłączając do niego 4 gminy powiatu konińskiego (Golina, Grodziec, Rychwałd, Rzgów). Drugie pytanie dotyczy Konina i obwarzanka. Można uznać granice powiatowe, robiąc okręg miejski i podmiejski. Można też potraktować je jako jeden organizm społeczny i podzielić niejako w poprzek – np. na północną i południową połówkę miasta, każde z przyległą częścią „obwarzanka”. Odpowiedzi na te dwa pytania są niezależne, co daje rzeczone cztery warianty. Za każdym z nich można znaleźć zdroworozsądkowe argumenty. Pytanie tylko, czy ktoś uwierzy w ich szczerość. Bo każdy wariant prowadzi do innego podziału mandatów, jeśli za punkt wyjścia przyjąć głosowanie w 2011 roku (rytualnie – wiem, wiem, to będą inne wybory, lecz gdyby jednak były takie same…). Szczegóły na obrazku – poparcie partii dla trzech powiatów łącznie:

konin2

Interesy partii są tu niebanalnie skonfigurowane – bardzo trudno jest dociec, jakie decyzje by w takiej sprawie zapadły, gdyby rzeczywiście konkretny podział miał być głosowany w Sejmie. Ktoś zaś taki podział musiałby przecież zatwierdzić – nawet gdyby przymusić posłów do zaakceptowania całego systemu przy pomocy referendum. Na mapie Polski widać obszary, gdzie żadna sztuczki z granicami okręgów nic nie zmienią. Jednak „szara strefa” jest wystarczająco rozległa, by otwierać pole do manipulacji o znaczeniu decydującym dla wyniku wyborów.

Że problem nie jest teoretyczny, przekonuje przykład rewolucji w Teksasie, która nastąpiła pomiędzy 2000 a 2004 rokiem. W USA stan na okręgi w wyborach federalnych dzieli parlament stanowy. W tym zaś akurat po wyborach 2000 zaszła zmiana większości. Republikańska większość dokonała nowego podziału, który tak coś jakby wyostrzył dokonującą się zmianę polityczną. Demokraci stracili raptem jedną szóstą, lecz kosztowało to ich jedną trzecią mandatów.  Po lewej poparcie w procentach (wewnętrzny pierścień) i podział mandatów (zewnętrzny) w 2000, po prawej – już w nowych okręgach.

teksas

Problem jest trochę jednak ważniejszy niż tylko rozważanie „co by było gdyby”. Rewolucja jednomandatowa jest przecież przed nami – w dwóch trzecich Polski, składających się na powiaty ziemskie. Tymczasem od momentu uchwalenia Kodeksu Wyborczego nad rewolucją wisi nierozwiązany problem procedury podziału na takie okręgi. Prace nad kodeksem prowadzone były w pośpiechu. Pomimo bardzo krytycznej opinii w tej sprawie, którą zgłaszałem w trakcie prac w komisji, pozostawiono stary przepis o podziale gmin na okręgi – zmianie uległa tylko liczba mandatów. Forma tego przepisu jest dalece nieadekwatna do nowej sytuacji, lecz zastosować się procedurę da. O co się więc strzępić? O wielkość widełek. Stara procedura pozwala wyznaczać okręgi w granicach od 0,5 do 1,5 modelowej wielkości (liczba mieszkańców dzielona przez liczbę radnych – tzw. norma przedstawicielstwa). To zaś oznacza, że można wyznaczyć okręgi tak, że jeden jest prawie trzykrotnie większy od drugiego.

Co to zmienia? Jeśli w jakiejś części gminy przeważa opozycja względem aktualnej większości, można tam wyznaczyć możliwie jak największe okręgi – wtedy będzie stamtąd mniej radnych. Tam, gdzie przeważają sympatie dla rządzących, można wielkość okręgów zminimalizować, licząc na zdobycie tą metodą większej liczby radnych.

Rzecz jest szczególnie niepokojąca w gminach miejsko-wiejskich, gdzie różnice społeczne i tożsamościowe są już bardzo jednoznaczne. Dla przykładu – gmina Pszczyna liczy ponad 50 tysięcy mieszkańców. Z dokładnością do 500 osób są oni podzieleni równo pomiędzy miasto i otaczające je sołectwa. Wybierać się będzie w Pszczynie 23 radnych. Dotąd dwie części dzieliły się radnymi 12 do 11. Specjalnych kombinacji granicami robić się nie dało. Teraz mandaty można byłoby podzielić w relacji 15:8 – w dowolną stronę. W niewielkich radach może to mieć kluczowe znaczenie dla tego, kto mieć będzie większość.

Krótko – widełki powinny być zmniejszone do 20 procent. Największy okręg może być wtedy o połowę większy od najmniejszego – całkiem sporo, lecz o ileż mniej, niż teraz. Zgłaszałem ten problem na początku tej kadencji, gdy rozważano konieczne zmiany w Kodeksie Wyborczym. Na razie nic nie wskazuje, by ktoś się tym przejął – nikt najwyraźniej nie ma do tego głowy. Kto wie, może w gminach nikt nie zauważy potencjalnego pola manipulacji? Może przeważy uczciwość? Specjalnie na to nie liczę. Podobnie jak nie liczę, by ktoś się tym przejął po tym wpisie. Jeśli jednak temat JOW wraca raz za razem w publicznej dyskusji, to warto przypomnieć, jak bardzo diabeł tkwi tu w szczegółach. Coraz częściej pojawiają się głosy o niebezpiecznym przestabilizowaniu władz samorządowych. Tymczasem jednomandatowa rewolucja, dzięki takiemu zaniedbaniu, może stać się jeszcze jednym narzędziem umacniającym lokalne partie władzy. W każdym razie zamierzam za dwa lata poświęcić jak najwięcej uwagi sprawdzeniu, jaka była skala sztuczności przy wyznaczaniu okręgów w gminach. Namawiam do tego także czytelników tego bloga.

PS. Te wątpliwości nie oznaczają w żadnym wypadku obrony ordynacji z okręgami wielomandatowymi – to jeszcze gorsza zakała demokracji. Natomiast spersonalizowana ordynacja proporcjonalna (czy w wariancie nowozelandzkim czy słoweńskim) jest w zasadzie odporna na manipulację granicami okręgów, bo ostatecznym okręgiem jest w niej cała jednostka.