Cud nad Dnieprem

Wszystko wskazuje na to, że plan podbicia Ukrainy przez Rosję Putina zupełnie się załamał. Nie ma wątpliwości, że przesądził o tym twardy opór Ukraińców. On sam mógłby jednak nie wystarczyć, gdyby nie coraz powszechniejsze wsparcie zewnętrzne. Lecz ono było właśnie jego kluczowym efektem. Pierwsze komentarze zachodnich polityków – szczególnie niemieckich – miały w sobie stałą nutę defetystycznej bezradności. Wpisywało się to strategię „czterech etapów”, z serialu BBC „Yes, Minister” – w oryginalne przypisywaną brytyjskiemu MSZ, lecz rozsławioną jako recepta Borisa Johnsona na pandemię: na pierwszym etapie mówimy, że nic się nie wydarzy, na drugim – że coś się może wydarzy, lecz nic nie powinniśmy z tym robić, na trzecim, że coś powinniśmy z tym zrobić, lecz nic nie możemy, na czwartym – coś moglibyśmy z tym zrobić, lecz jest już za późno.

Nie jest niczym zaskakującym, że pomaganie skazanej na porażkę ofierze jest bardziej wymagające, niż układanie się z wygrywającym bandytą. To, do czego doprowadził ukraiński opór, nie jest już jednak żadnym dylematem. Każdy woli pomóc wygrywającej ofierze, niż wyrażać zrozumienie dla przegrywającego bandyty. Szczególnie, gdy sytuacja wpisuje się w schemat Dawid-Goliat. Właśnie ta dysproporcja, będąca źródłem wcześniejszego defetyzmu, jest dziś atutem Ukrainy. Żeby teraz odmówić z nią solidarności, trzeba byłoby mieć determinację. Nawet wielu etatowych „usprawiedliwiaczy” w rodzaju Salviniego czuje już, skąd wieje wiatr.

Narastająca z każdym dniem ukraińska pewność siebie stała się kluczowym czynnikiem tej wojny. Widać ją w dzisiejszych nagraniach z walk ulicznych w Charkowie. Rosyjscy żołnierze poruszają się niepewnie i reagują strachliwie. Ukraińcy są zdecydowani i całkiem wyluzowani, jak na sytuację, w której się znaleźli. Tak się zachowuje wygrywająca armia.

Sytuację Rosjan pogarsza oparcie całej tej wojny na jednej koncepcji. Najwyraźniej myśleli, że będzie tak jak w Bagdadzie czy Kabulu – w obliczu ich niepodważalnej militarnej przewagi wszyscy się rozpierzchną lub powitają wiernopoddańczym ukłonem. To, że się tak nie stało, nałożyło się na drugą ważną cechę tej wojny, poza oczywistą dysproporcją sił. Jest nią społeczne podobieństwo stron. Zrozumiały język (a niejednokrotnie po prostu ten sam), brak znaczących różnic religijnych (nie mówiąc już o rasowych), czy wreszcie wspólne doświadczenia i upodobania, wymuszają na agresorze ograniczenie środków. Widać to w scenach zatrzymywania czołgów przez zdesperowanych Ukraińców czy wrzucanych do sieci słownych utarczkach cywili z najeźdźcami. Gdyby ćwierć wieku temu jakiś Czeczen położył się przed rosyjskim czołgiem, ten by pewnie jeszcze przyspieszył. Choć przecież leżący byłby obywatelem tego samego kraju. To, że Putin uwierzył w swoją propagandę dotyczącą Ukrainy, było najwyraźniej przyczyną braku „planu B”. Lecz to, że jego żołnierze wierzą, że Ukraińcy to tylko chwilowo zagubieni bracia-Rosjanie, uniemożliwia stosowanie takich środków, które względem Czeczenów czy Kazachów byłyby pewnie oczywiste – systematycznych powierzchniowych bombardowań i regularnego strzelania do cywili. Stąd zapewne takiego alternatywnego planu nie dało się po prostu stworzyć.

Dziś czas działa na korzyść Ukrainy. Pozostaje pytanie o koszty, jakie musi ona jeszcze ponieść, zanim sytuacja atakujących stanie się tak zła, że będą musieli uciekać z podkulonym ogonem. Atomowe groźby Putina są przerażające – w końcu pięć dni temu nikt sobie nie wyobrażał, że można oblegać kilkumilionową europejską stolicę. Lecz są one najwyraźniej oznaką jego słabości.

Jedno mu się chyba zapewne tylko udało – przejdzie do historii. Tyle tylko, że nie jako ten, który odbudował sowiecko-rosyjskie imperium, tylko ten, który tego upiora przebił osikowym kołkiem. Przecież jeśli Rosji Putina nie udało się przez te cztery dni rzucić Ukrainy na kolana, to znaczy, że jest słabsza niż ktokolwiek sądził. Teraz zaś – poza obnażeniem słabości – dojdzie jeszcze powszechna pogarda dla jej imperialnych ciągot. Mamy za co dziękować Ukraińcom – Слава Україні!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.