Gulasz ostrzej doprawiony

Zwycięstwo Orbana i jego koalicji FIDESZ-KDNP, jeśli spojrzeć na procent uzyskanych głosów, niewiele tylko przewyższa to, które było jesienią udziałem Angeli Merkel i CDU-CSU. On dostał o jakieś 2 proc. więcej, lecz tu i tam jest to mniej niż połowa oddanych głosów. Nieomal identyczne jest poparcie drugiej siły w wyborach. W obu krajach próg wyborczy przekroczyły 4 ugrupowania. Jednak Merkel nie tylko nie może sama zmieniać konstytucji, lecz nawet nie zdobyła zwykłej większości mandatów.

Poprzedni węgierski system, którego prostota odpowiadała łatwości zrozumienia tamtejszego języka przez obcokrajowców, wyraźnie preferował duże partie. Koalicja pod wodzą Orbana zdobyła w 2010 roku 55% efektywnych głosów (czyli po odliczeniu tych, które zdobyły partie podprogowe), co dało jej ponad 68% mandatów. W zasadzie jestem zwolennikiem „premii integracyjnej” – matematycznej nagrody skłaniającej partie do łączenia sił przed wyborami. Miałbym jednak wątpliwości, czy aż takiej. Dla zobrazowania w polskich warunkach –  według węgierskiej ordynacji „model 2010”, w wyborach 2007 roku PO zdobyłaby 232 mandaty, czyli samodzielną większość. Lecz cóż – nie od dziś wiadomo, że Madziarzy cenią sobie ostre smaki.

Konstytucyjna większość pozwoliła zmienić Orbanowi ten system. Został on jak najsłuszniej uproszczony przez likwidację drugiej tury. Najwyraźniej jednak przy okazji został też doprawiony jeszcze ostrzej. Pokazuje to wykres, na którym porównano procenty głosów i mandatów w jednych i drugich wyborach.

Odległość od przekątnej pokazuje skalę systemowych zysków lub strat. Widać, że dwie środkowe partie – lewica i Jobbik – wyraźnie na zmianie straciły, choć najmniejsza siła – „Polityka Może Być Inna” – to już nie. Natomiast Fidesz, choć stracił co siódmego wyborcę, zyskał nieomal taki sam procent mandatów co poprzednim razem. W polskich realiach 2007 roku odpowiadałoby to zdobyciu przez PO 272 mandatów. Tylko 4 mandaty od większości 3/5 pozwalającej odrzucać prezydenckie weto. W koalicji z PSL taką większość PO już by miała. Przeliczając stare reguły na zmniejszoną liczbę posłów, można policzyć, że Fidesz podrasował ordynację na swoją korzyść o 22 mandaty ze 199 rozdzielanych. 10 straciła na zmianie lewica, zaś 12 nacjonaliści. Czy to już jest godna potępienia manipulacja? Czy też może mieści się to w ramach demokratycznych standardów?

Ważny jest punkt odniesienia. W sumie, to Orban i tak jest dusza-czieławiek, w końcu mog zariezat’. Gdyby wzorem swojego rumuńskiego kolegi zechciał wprowadzić system brytyjski, miałby tylko jeden problem – jak się wytłumaczyć ze zdobycia 90 procent mandatów. W odróżnieniu od przypadków Niemiec (tu zeszłoroczna notka) i Rumunii (tu o tamtejszych wyborach) nie grozi mu najwyraźniej ani połączenie sił opozycji, ani rozpad własnego bloku. Efekty całej sztuczki można zobaczyć na kolejnym wykresie. Od środka: procent efektywnych głosów, mandaty zdobyte bezpośrednio w okręgach i ostateczny podział mandatów, już po dołączeniu drugiej połowy mandatów rozdzielanej proporcjonalnie. Na koniec zaś – szacowany podział mandatów w naszym systemie. Tu Orban miałby minimalną większość zwykłą. Coś, czego zabrakło Merkel, lecz bardzo daleko od tego, co zapewniły mu ostre węgierskie reguły. Coś, na co bez wątpienia zasługiwał. Akurat pod względem relacji międzypartyjnych nasz system jest ciekawie skalibrowany.

Wracając do pytania o ocenę przeprowadzonej zmiany – generalnie mi się nie podoba. Idzie za daleko. Nie jest to bezwzględny zamach na demokrację, lecz wyciśnięcie co się da z sytuacji, gdy ma się opozycję podzieloną na skompromitowaną lewicę i niedotykalnych nacjonalistów. Tak uzyskana przewaga może rodzić poczucie bezkarności, od którego już tylko krok do demoralizacji. Manipulowanie systemem dla własnych korzyści nigdy nikomu chluby nie przynosi. Choćby i jego przeciwnicy byli naprawdę podłego sortu. Lepiej byłoby ich pokonać na udeptanej ziemi, niż stosować takie triki.

Zaś dla wszystkich patrzących z podziwem na gospodarczo-społeczne zmagania Orbana mały smaczek. Zabawnym zbiegiem okoliczności tego samego dnia w GW ukazały się dwa teksty o dwóch różnych krajach – Węgrzech właśnie i o jakże odległym Chile. Choć w obu tekstach są wymieniane nieomal identyczne kroki rządzących (opodatkowanie koncernów, zmiana konstytucji), uderza zupełna zmiana klimatu w jakim się je opisuje. Widać, jak wielki wpływ mają na taki klimat wskazania identyfikatora „swój-obcy”. Papryczka chili, jeśli podać ją w postępowym sosie, jest dla współwyznawców do przełknięcia bez mrugnięcia powieką. Te same składniki, jeśli mają posmak konserwatywny, zasługują tylko na wzgardliwe miano „populizmu”.

3 myśli nt. „Gulasz ostrzej doprawiony

  1. ~Andrzej

    Stara prawda : ” wszystko co miało początek i koniec mieć będzie” …. więc myślenie na każdym etapie, także umiar i pokora zawsze są wskazane. Wtedy i ten okres może być dłuższy.

    Odpowiedz
  2. ~bezdomny

    No tak biedni bracia wegrzy znow sobie socjalistow wybrali, tymsamym beda narzekac za kilka lat na podatki, korupcje kler i ue przykro, a taki madry narod…

    Odpowiedz
  3. Pingback: Oczy jak okręgi | Zygzaki władzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *