Wyborcy – procenty i miliony

Procenty są oczywiście ważne – zwłaszcza, że przesądzają o podziale mandatów. Jednak pogłębiony obraz tego, co się zdarzyło w wyborach, wymaga spojrzenia drugim okiem – porównania liczby wyborców poszczególnych ugrupowań z poprzednimi głosowaniami.

Na początek dwie prawdy, które umykają zwykle w analizach. Po pierwsze – czas leci nieubłaganie. W Polsce w wyborach bierze za każdym razem udział około 15 milionów obywateli. Podczas czteroletniej kadencji jakiś milion dotychczasowych wyborców opuszcza ten łez padół, zaś ich miejsce zajmuje kolejna generacja. Po drugie – Polacy chodzą na wybory napędzani nadzieją, zaś odpuszczają je sobie, gdy te nadzieje zmieniają się we frustrację. Stąd to „około” przy 15 milionach jest naprawdę duże – odchylenie standardowe ogólnej liczby głosujących w ostatnich czterech wyborach to prawie 2 miliony. Ta sama liczba głosów zdobytych przez partię może więc stanowić zupełnie inny procent ich ogólnej liczby. Wszystko to można zobaczyć na wykresie, pokazującym zmiany poparcia dla głównych sił od 2005 roku (parę partii pogrupowałem w zestawy, PJN w 2011 dodałem do PiS) – liczone w milionach głosów.

2015sglosyJeśli tak na to spojrzeć, to PO straciła od 2007 roku ponad 3 miliony wyborców ale PiS zyskał tylko ciut ponad pół miliona, czyli tyle samo co Korwin. Nowa siła – Miejscy Drwale Razem – prawie dobiła do tej liczby głosów, które miały dwie inne konkurencyjne względem SLD inicjatywy – SdPL i demokraci – w roku 2005. Wtedy poszli oni podzieleni, przegrali i zostali zapomniani. Kukiz powtórzył wynik Leppera z dokładnością do 10 tys. głosów. Kolejna próba stworzenia nowocześniejszej Platformy Obywatelskiej przyniosła efekt o ćwierć miliona głosów gorszy. Ludowcy względem 2005 stracili mniej niż 50 tys. głosów. Zjednoczona Lewica względem SLD w 2011 jeszcze mniej.

Jeśli tak na to spojrzeć, to niezmiernie dziwi, że żadna z partii politycznych nie wpadła na to, by zamiast niesławnej akcji „zabierz babci dowód”, rzucić hasło „zdobądź babci kopertę”. Możliwość głosowania korespondencyjnego daje teoretycznie kolosalne możliwości mobilizowania nowych wyborców. W praktyce okazuje się, że ani nasze ponoć wszechmocne stare partie, ani ponoć pełne pomysłów nowe inicjatywy, nie są w stanie podołać takiemu wyzwaniu.

To może tyle na początek, jeśli chodzi o powyborcze analizy. Ciąg dalszy nastąpi.

Raz, dwa, trzy – rządzisz Ty!

Ostatnia dawka sondaży to okazja do sprawdzenie raz jeszcze możliwych scenariuszy po niedzielnych wyborach. Poza zwykłym przeliczeniem mandatów na podstawie średniej, sprawdziłem jeszcze 6 innych konfiguracji, opartych na przesunięciu jednego, dwóch lub trzech punktów procentowych poparcia pomiędzy partiami.

Średnia 5 sondaży z portalu ewybory.eu (MillwardBrown, IPSOS, TNS, CBOS i IRBiS) została przyrządzona tak, że wcześniej wyrównałem pokazywane w nich procenty do jednego standardu – tak by się dla ósemki partii sumowały do 100. Wyszło to tak:

2015sejmsondazePrzeliczyłem to na mandaty i zacząłem sprawdzać, co by się stało, gdyby takie poparcie zaczęło się zmieniać. Pierwszym krokiem są scenariusze ze zmianami o 1%. W pierwszym traci PiS, zyskuje Korwin, w drugim zyskuje PiS a traci lewica. Dwa kolejne zakładają zmiany o 2%. W pierwszym zyskuje PiS, zaś traci Petru, w drugim odwrotnie, do tego jeszcze Kukiz traci na rzecz ludowców. Wreszcie dwa scenariusze ze zmianami o 3%. Najpierw taka strata u PiS i Kukiza, z zyskiem ludowców i Razem. W ostatnim scenariuszu Kukiz traci 3%, Korwin 2% a PiS 1%, zaś zyski ma PSL (3%), Petru (2%) i ZL (1%). Na wykresie wygląda to tak:

2015sejmscenariuszePrzy obecnych sondażach PiS jest o włos od większości. Może ją zyskać dzięki Kukizowi, ludowcom lub na skutek nawet niewielkiego rozłamu w PO. Może sobie spokojnie ogłosić przetarg „kto zażąda mniej?”. Obecna sondażowa pozycja Kukiza nie daje szans na koalicję „antykaczystowską”. Wejście Korwina, jeśli wiąże się z minimalną stratą PiS, wbrew pozorom  zawęża pole manewru. Do większości PiS brakuje 17 mandatów, których nie mają ani ludowcy ani Korwin. Pozostaje Kukiz lub naprawdę spory rozłam w PO. Jednak zmiana o 1% w drugą stronę, przy takiej samej stracie lewicy, daje PiS spokojną większość. Kukiz może najwyżej bić brawo, lecz przecież nie będzie stawiać warunków.

Przesunięcie 2% głosów pomiędzy Petru a PSL umacnia PiS, choć dalej brakuje mu jednego mandatu do większości (bo w końcu na Mniejszość Niemiecką rząd zawsze może liczyć).  Jeśli jednak wzmocnią się i PSL, i  Petru, zaś PiS i Kukiz o te 2 procent osłabną, to zachowują one razem większość, lecz naprawdę minimalną.

Nie mają jej jednak, jeśli każda z nich straci po 3%, zaś nad progiem znajdzie się Razem. Tyle tylko, że możliwa koalicja „anty-PiS” musiałaby składać się z 5 partii – do tego bardzo różnych. Trudno sobie nawet wyobrazić, jaka byłaby skala wewnętrznych problemów. Trochę one maleją, jeśli beneficjentami osłabienia obozu zdecydowanej zmiany byłaby po części lewica o po części Petru. Dalej jednak PSL może widzieć większy sens w byciu po stronie zwycięzcy i prezydenta niż w dołączeniu jako najmniejszy człon do czwórkoalicji.

Drugi oddech Kukiza i Korwina oraz przebłysk sławy Razem nieco przesunęły równowagę i dodały nowe scenariusze do tych już omawianych przed dwoma tygodniami. Ciągle jednak bardzo niewielkie przesunięcia poparcia mogą wywrócić jedne układanki a umożliwić inne. Tu naprawdę każdy głos się liczy.

Quousque tandem? – Ad mortem defecatam

Czy fakt, że we wczorajszej debacie trzy najmocniejsze w sondażach ugrupowania były reprezentowane przez kobiety, jest zapowiedzią skokowego wzrostu ich znaczenia w parlamencie? Co innego mówi analiza list wyborczych i dotychczasowych efektów obowiązkowych kwot.

Wiosną sprawdzałem efekty kwot w wyborach samorządowych, spotykając się z ostrą polemiką zwolenniczek tego rozwiązania. Naprowadziło mnie to na kluczowe dla sprawy ujęcie efektów stosowania kwot w naszym nieszczęsnym systemie wyborczym. Efekty kwot można sprawdzić, porównując liczbę kobiet, które zdobyły mandat startując z pozycji strzeleckich oraz tych które zdobyły mandat, choć przewidziano dla nich rolę naganiaczy. Do tego biorąc jeszcze pod uwagę te panie, które mandatu nie zdobyły, choć zajmowały miejsce strzeleckie. Przegrały, bo wyprzedził je ktoś umieszczony na liście niżej (czyli z teoretycznie mniejszym poparciem władz partii).  Takie zestawienie pozwala wychwycić kluczowy tu wzór. Widać go na wykresie, na którym dla pięciu rodzajów wyborów pokazano procent kobiet wśród zdobywców mandatów w rozbiciu na dwie powyższe kategorie, oraz dodatkowo przegranych strzelców jako procent zdobywców mandatów.

2015 kwoty z wcześniejszych wyborówZa każdym razem  wprowadzenie kwot wiązało się ze wzrostem liczby kobiet na pozycjach strzeleckich. Za każdym jednak razem jeszcze większy był wzrost tych, które pomimo uprzywilejowanej pozycji przegrywały wewnętrzną rywalizację. Pomimo tego procent kobiet-strzelców wśród zwycięzców rósł. Tyle, że jednocześnie z reguły spadał też procent mandatów przypadający kobietom, które nie były wcale preferowane przy układaniu listy. W efekcie, nawet jeśli następował wzrost udziału kobiet wśród zwycięzców, to był on frustrująco mały – skromniejszy niż w tych wyborach, gdzie kwoty nie obowiązywały.

Nie można tu zwalić winy na partie czy brak suwaka. Znaczący wzrost liczby porażek uprzywilejowanych kobiet pokazuje, że układający listy chcieli ich więcej niż to ostatecznie wyszło. Dlaczego tak się dzieje? W szczególności – dlaczego spadają szanse kobiet na zdobycie mandatu z pozycji naganiacza? Odpowiedzią na to pytanie może być hipoteza „niebezpiecznego gracza”. W wieloosobowych grach o złożonej interakcji z innymi graczami (a taką jest bez wątpienia nasza ordynacja), kluczowe znaczenie ma ustalenie, komu się szkodzi, komu zaś odpuszcza. Wie to każdy, kto grał w jedną z najbardziej popularnych gier planszowych świata – Osadników z Catanu (kto nie grał, niech żałuje). Kto w połowie partii zostanie uznany za lidera, zaczyna mieć bardzo pod górkę. Nikt nie chce z nim handlować, o ile nie przepłaca, jest pierwszym do okradania przez złodzieja i blokowania dostępu do cennych zasobów. Najczęściej kończy się to tak, że takiego chwilowego lidera na ostatniej prostej wyprzedza ktoś z tych, którzy robili wrażenie, że idzie im źle. Co to ma wspólnego z kwotami? Jeśli spojrzeć na wykresy, to – do czasu wprowadzenia kwot – kobiet wygrywających pomimo dalszego miejsca było więcej niż tych, które przegrywały z miejsc mandatowych. Możliwe że na ich korzyść działały negatywne stereotypy. Mogły być lekceważone przez swoich kolegów (i koleżanki pewnie też). Dopiero po podliczeniu głosów okazywało się, że to jednak twardzi gracze. Po wprowadzeniu kwot to się zmieniło. Teraz promowane są kobiety, co może znaczyć, że wszyscy uważają je za niebezpiecznych zawodników i w ramach wielokierunkowych wewnętrznych przepychanek próbują je tępić (przez np. dorzucanie lokalnych konkurentów przy układaniu listy, limity wydatków, wykluczanie z mediów, plan spotkań lidera listy i liderów ogólnopolskich – narzędzi jest naprawdę sporo). Efekt regulacji mającej w intencji promować kobiety jest odwrotny od zamierzonego – jak już pisałem, łatwiej jest obronić tezę, że parytet to podła męska sztuczka wymyślona by powstrzymać falę narastającego zaangażowania kobiet w politykę, niż pokazać, że pomaga kobietom osiągnąć sukces.

W każdym razie próbowałem oszacować, ile też pań zdobędzie mandat, przyjmując, że zachowane będą dotychczasowe trendy w przetasowaniach na listach. Starałem się uśrednić przypadki poszczególnych komitetów i pogodzić ze specyfiką każdego z nich. Podział mandatów na podstawie aktualnej średniej sondaży za stroną ewybory.eu Wyszło to tak:

2015 kwoty prognozaKobiety w dużych partiach nieco szczodrzej niż przed 4 laty obdarowane zostały dobrymi miejscami. Jednak powiększenie liczby partii może ograniczyć oddziaływanie tego zjawiska na ostateczny skład sejmu. Takie wyliczenie pokazuje wzrost mniejszy niż jeden punkt procentowy (z 23,9% do 24,5%). W tym tempie kobiety zapełnią jedną trzecią ław poselskich w wyborach 2071 roku. O ile nie będzie regresu – w wyborach senackich zapewne takowy nastąpi. Kobiet jest wyraźnie mniej wśród kandydatek PO a w PiS jest zupełna stagnacja na bardzo niskim poziomie. Można się spodziewać, że w nowym senacie będzie jakieś 10 kobiet, wobec 15 w dotychczasowym. Być może to tylko potrzeba wypełnienia obowiązkowych kwot sejmowych odessała kobiety z wyborów senackich. To byłby dodatkowy uboczny skutek – znów odwrotny od zamierzonego.

Udział kobiet w polityce będzie rosnąć nieuchronnie – to wynika z przemian społecznych, przede wszystkim edukacyjnych. Ważne, żeby w tym nie przeszkadzać. Wiem, że zwolenniczki będą argumentować, że kwoty zadziałają, tylko trzeba poczekać,  Czy jednak nie przypomina to sytuacji, w której ktoś twierdzi, że płynąc kajakiem należy wiosłować pod prąd rzeki? Jak mu udowodnić, że nie ma racji, skoro po jakimś czasie nurt doniesie go tam, gdzie chciał dotrzeć?  W każdym razie na wzrost liczby kobiet w sejmie przyjdzie nam zapewne jeszcze poczekać. Byle nie tak jak w w tytule.

Senat – połowiczna koalicja

Koalicja rządowa mogłaby połączyć swoje siły w wyborach senackich w nadziei na zdobycie dodatkowych mandatów. Zrobiła tak jednak tylko w połowie przypadków – i to głównie tam, gdzie to akurat ma mniejsze znaczenie. Obie partie odpuszczają za to okręgi „niezależnym” kandydatom.

Przewidywania wyników wyborów senackich oprzeć można na dwóch źródłach – starych wynikach i nowych sondażach. Nie wchodząc w szczegóły spróbowałem oszacować senacką bazę PiS i PO, przyjmując, że sondażowi wyborcy Nowoczesnej w wyborach senackich zagłosują  na kandydatów Platformy z braku własnych. W tabeli zestawiłem takie przeliczenie z wynikami PSL i SLD z 2011 roku. Bledszym odcieniem pokazane są miejsca, gdzie partia nie wystawia kandydata. Białe cyfry w kolumnie z poparciem dla PiS pokazują okręgi, gdzie po takim przeliczeniu partia ta wygrywa. W poprzednich wyborach taka socjopolityczna baza była jeszcze modyfikowana przez osobiste atuty i słabości (także te konkurentów) – jednak 90% wyników było zgodne z tym, co w tym samym czasie działo się w wyborach sejmowych.

Grubą kreską w kolumnie z wynikami PSL zostały obwiedzione przypadki, gdy różnica pomiędzy silniejszą z partii koalicji a PiS jest mniejsza niż poparcie dla słabszej z partii koalicji. Oznacza to tyle, że gdyby jedna z partii odpuściła sobie wystawianie kandydata i poparła tego wystawionego przez drugą, to miałby on większą bazę niż konkurent z PiS. Jeśli jednak wystawiają kandydatów obie, to kandydat PiS jest faworytem.

2015senatkandyd12015senatkandyd2Pomimo większego generalnego poparcia PiS względem Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej (40:33), spodziewany podział mandatów to 47:53 (wliczając w to różnych Biereckich i Borowskich). To są skutki smaczków polskiej geografii wyborczej, o których tu już pisałem. Żeby zdobyć senacką większość, PiS musiałby liczyć na podział elektoratu pomiędzy kandydatów PO i różnych niezależnych. Musi się jednak także liczyć z tym, że mandatów będzie jeszcze mniej. W takim np. Bielsku Podlaskim będzie tylko dwóch kandydatów i jeśli wszyscy poza zwolennikami PiS zagłosują na byłego posła SLD Czykwina, to może on się stać następcą Cimoszewicza. Podobnie w Legionowie – przeciw kandydatowi PiS Żarynowi przemawia to, że nie ma swoich kandydatów nikt poza PO.

O ile jednak strategia SLD jest trudna do zoptymalizowania, o tyle PO i PSL mogłyby osiągnąć znacznie większy poziom współdziałania – także dlatego, że często PSL jest wypukły tam, gdzie PO jest wklęsła. Generalnie dwie strategie – nie wchodzić sobie w drogę i walczyć bez zahamowań – przemieszane są nieomal idealnie pół na pół. W 46 okręgach obie partie wystawiły kandydatów, w 49 jedna ustąpiła drugiej (PO odpuściła 12 a PSL 37). Do tego w 5 okręgach żadna nie ma oficjalnego kandydata (poza wspomnianym Bielskiem także Pruszków zostawiony dla Giertycha, Lublin dla Cugowskiego, Warszawa dla Borowskiego oraz Stalowa Wola z weteranką UW, PSL i PiS Lidią Błądek). Z 14 okręgów, gdzie potencjalny zysk wydaje się bardziej prawdopodobny, wymiana uprzejmości nastąpiła tylko w Cieszynie (na rzecz PO) oraz Płocku i Kielcach (na rzecz PSL). Do tego dochodzi jeszcze kilka okręgów, gdzie PSL może liczyć nie tylko na wsparcie PO, lecz także na brak lewicowej konkurencji (Ostrołęka, Kozienice, Suwałki).

Jaki z tego prognostyk dla powyborczych koalicji? Niespecjalny – PSL raz jeszcze przyjmuje starą strategię. Z PO trochę współpracuje a trochę konkuruje. Z drugiej strony trudno się dziwić PO, że nie chce zbytnio pompować senackiej reprezentacji PSL, które może przecież odwrócić sojusze. W każdym razie, trzeba być przygotowanym na pojawienie się jeszcze jednego elementu chorobliwej niestabilności naszego układu władzy. Senat może mieć inną większość niż sejmowa. Mniej to kłopotliwe niż weto opozycyjnego prezydenta, lecz dalej jest źródłem napięć i polem  wątpliwych rozgrywek. Wcale nie musi jednak wynikać z odmiennych preferencji – to może być czysto mechaniczny efekt nieprzewidywalnej ordynacji, jaką jest FPTP.

Polskie podziały – paradoksalne czy prekursorskie?

Gdzie w Polsce jest lewica a gdzie prawica, to pytanie nieuchronnie nurtujące zarówno obcokrajowców, jak i rodaków. Nieporozumień znacznie tu więcej niż oczywistości. Polskie podziały ułożyły mi się ostatnio w nowy obrazek. Jest on próbą postawienia kroku dalej względem interpretacji, o których pisałem w „Złudzeniach wyboru”. Szczegółowy opis można znaleźć w eseju opublikowanym na łamach „Studiów Socjologiczno-Politologicznych”. Tu dwa wykresy i refleksja, która przyszło mi ostatnio do głowy.

Pierwszym krokiem jest odejście od typowego sposobu przedstawiania podziałów politycznych – nawet wśród tych, którzy zechcieli dostrzec, że na jedną linię to się zupełnie nie da tego wcisnąć.  Jeśli ktoś już uznaje, że potrzebne są dwie osie – ekonomiczna i obyczajowa – to ustawia je jako odciętą i rzędną (oś x i y) w standardowym układzie współrzędnych. Potrzeba niby tylko ustalić, która oś jest która i gdzie jest plus a gdzie minus. Tradycyjny podział prawica-lewica wychodzi tak czy owak jako któraś z przekątnych. Stąd pomysł, by rzecz zobrazować inaczej. Wykres obrócić o 45° i ustawić go tak, by prawica była po prawej a lewica po lewej. Wygląda to wtedy tak:

nowaosbaza Wykres – będący kluczem do eseju –  pokazuje zjawiska, które coraz bardziej demolują sceny polityczne demokracji zachodnioeuropejskich. Stara lewica pogodziła się z demontażem państwa opiekuńczego a stara prawica z rewolucją obyczajową i afirmacją multi-kulti. To doprowadziło do skrócenia politycznego wahadła. Stopniowo establishment zlał się w jedną masę, w której stare podziały są rozróżnialne ledwo-ledwo. Oddalił się też od tych, których niepokoi zarówno neoliberalna globalizacja jak i społeczna dezintegracja (w tym szczególnie emigracja). Zrobiło to miejsce dla dwóch populizmów – antyestablishmentowego populizmu „czarnego” (od czarnych barw, w których opisuje go główny nurt) oraz antypartyjnego populizmu „szarego” (odcinającego się od barw partyjnych).

Problemy z nowymi siłami politycznymi mają Francuzi i Finowie, Brytyjczycy i Austriacy. Każda historia jest trochę inna, lecz stały jest jeden motyw – stara lewica i stara prawica nie mają pomysłu, jak obsłużyć nowe napięcia i podziały. Tymczasem nasza scena polityczna wygląda na tym tle na bardzo przewidywalną. Ruch wahadła rządzący-opozycja, jako  podstawowy demokratyczny standard, odbywa się po całkiem przewidywalnej linii. Na mój rozum dlatego, że ta linia jest prostopadła do tradycyjnego podziału lewica-prawica. Przywoływane tu już raz czy drugi badania elektoratów prowadzone przez CBOS pozwalają to zobrazować w sposób zgodny z intuicją. Potrzebne są do tego tylko jakieś nazwy. Podział na Polskę liberalną i solidarną jest już całkiem blisko, ale rodzi jeden szkopuł. Liberałami można określić zarówno „kon-libów”, którzy wolności cenią tylko w gospodarce, zaś w dziedzinie obyczaju to już niezupełnie. Niektórzy tak nazywają zwolenników swobód obyczajowych, nawet gdyby ekonomicznie byli na przeciwnym końcu skali. Jedni z drugimi nie mają nic wspólnego. By unikać takich nieporozumień, proponuję nazywać tych, którzy wyznają oba rodzaje liberalizmu jednocześnie, „biliberałami”. Solidaryzm społeczny ma zaś wystarczająco długie korzenie, by się nad nim nie rozwodzić. Na wykresie wygląda to tak:

nowaosWidać tu nie tylko dlaczego trudno opisywać rywalizację PO-PiS w kategoriach prawica-lewica. Widać też jak zgrabnie obie nasze największe partie wpisują się w dwa populistyczne łowiska. Jedna z refleksji eseju brzmi tak: W efekcie, wszystko to prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której szeroko rozumiany  establishment w Polsce tworzą dwie partie polityczne, z których jedna jest antypartyjna, a druga antyestablishmentowa.  To oswaja i cywilizuje napięcia, które demokracje zachodnioeuropejskie dopiero zaczynają doświadczać.

Oczywiście żadna ze stron sporu nie uzna takiego schematu – każda z nich jest w stanie zaakceptować tylko taki opis, który przyznaje jej bezdyskusyjną wyższość moralną. To prowadzi do tragikomicznego podziału na „Polskę patriotyczną” i  „Polskę racjonalną”. Z tą ostatnią wiąże się refleksja, która pomaga mi zrozumieć, dlaczego Bronisław Komorowski doznał porażki po serii zwycięstw Donalda Tuska, które to zwycięstwa przełamywały wcześniejszą klątwę Unii Wolności. Recz sprowadza się do takiego oto rozumowania:

Partia polityczna, która chciałaby apelować do obywateli mądrzejszych niż przeciętni, z definicji skazuje się na pozostawanie w mniejszości. Potrzebna jest jednak tylko niewielka korekta, żeby dać jej szansę. Partia polityczna, która chciałaby apelować do obywateli, którzy uważają się za mądrzejszych niż przeciętni, mogłaby bez problemu liczyć na większość. Mogłaby, gdyby nie jeden problem. Politycy każdej partii są z natury rzeczy esencją swoich wyborców. Stąd partia, składająca się z polityków, którzy najbardziej ze wszystkich uważają się za mądrzejszych od reszty, na poparcie większości dalej liczyć nie może.

Druga strona też ma swoje brzemię. Niechęć do ważniaków i besserwisserów ściąga do „obozu patriotycznego” zastępy wszelkiej maści frustratów i nawiedzonych. Z własnych szeregów przepędzać ich trudno, gdy w obliczu domniemanych przewag wrogiego obozu kusi zasada „wszystkie ręce na pokład”. Oni też znajdują wśród polityków swoich rzeczników. Tyle, że tacy nadgorliwi rzecznicy uprawiają nieustający sabotaż, porównywalny w sile destrukcji z tym, który u przeciwników jest udziałem wszystkich ostentacyjnych mądrali. Najlepiej nadają się do przekonywania wyborców środka, że głos za zmianą jest głosem szaleństwa.

Skądinąd elegancki układ tożsamości partyjnych potyka się więc raz za razem o taktyczne słabości jednej i drugiej strony. To czyni ostateczny wynik wyborów tak mało przewidywalnym.

Rząd zależny od 5%

Już prawie codziennie słyszę pytanie o to, kto wygra wybory. Pod wpływem tych pytań ułożyłem sobie w głowie taką myśl: 95% wyborców wyznacza możliwe scenariusze. 5% rozstrzyga, który z nich się ostatecznie spełni. Zobrazowanie na podstawie ostatnich sondaży.

Z czterech najnowszych sondaży zrobiłem mieszankę, rozdzielając pomiędzy podane partie głosy niezdecydowanych. Wyszło mi takie poparcie:

  • PiS – 39%
  • PO – 25,6%
  • ZL – 9,6%
  • NRP – 7,3%
  • Kukiz’15 – 7%
  • PSL – 6,1%

Na tej podstawie policzyłem sobie podział mandatów – także dla hipotetycznych pięciu scenariuszy. Każdy z nich opiera się na przesunięciu nie więcej niż 2,5% u jednej partii. Dwa pierwsze zakładają, że nastąpią dwa takie przesunięcia – jedno na plus, drugie na minus. Trzy kolejne zakładają, że po dwie partie stracą a po dwie zyskają.

Pierwszy scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny. Kukiz kontynuuje swój lot koszący, spadając pod próg, zaś PSL dostaje więcej niż w sondażach, dzięki walorom swoich lokalnych aktywistów. W drugim scenariuszu pojedynek pomiędzy Petru a nową Lwicą Lewicy rozstrzyga się na korzyść tego pierwszego, co skutkuje przesunięciem rzeczonych 2,5% po tej linii. Zjednoczonej Lewicy brakuje niecałego procentu do wysokich koalicyjnych progów.

W trzecim scenariuszu dzieje się dokładnie na odwrót – Nowoczesnej Ryszardzie Petru brakuje do progu, bo szala przeważa na lewo. Do tego jeszcze, tak jak w pierwszym scenariuszu, PSL zyskuje a Kukiz traci. W czwartym scenariuszu liberalno-lewicowy elektorat, skutecznie wystraszony perspektywą rządów PiS, mobilizuje się nadspodziewanie. PSL i Kukiz pod progiem, zaś PO i lewica dostają bonus. Wreszcie ostatni scenariusz to również porażka nowych inicjatyw, tylko że zamiast lewicy, dodatkowe 2,5% dostaje PiS. Każda z małych partii choć raz traci, zaś z dużych choć raz zyskuje. Spodziewane podziały mandatów dla punktu wyjścia oraz wszystkich scenariuszy pokazuje wykres:

scenariusze2015Gdyby obecne sondaże nie kłamały, to PiS ma przed sobą niezły zgryz – czy wiązać się koalicją ze zbieraniną z list Kukiza, czy też odpowiedzieć na dzisiejszą zawoalowaną ofertę PSL. Teoretycznie potrzebne jest tylko kilka mandatów, które można wyłuskać z różnych partii… W każdym razie realnej alternatywy dla koalicji tworzonej przez PiS nie ma.

Gdyby jednak Kukiz wypadł z gry, zaś ludowcy wrócili do znanego nam już rozmiaru, to oni stają przed dylematem. Czy stworzyć rząd ze zwycięzcą, czy też anypisową czwórkoalicję. Łatwo w takiej koalicji nie będzie, zwłaszcza przy nieprzyjaznym prezydencie. Dodatkowo 6 rozłamowców z PO może ich zostawić zupełnie na lodzie.

Takich problemów nie ma, jeśli lewica wypada z obiegu – i Kukiz, i PSL, choć mają swoje kluby, grzeją ławy opozycji. Większość PiS jest minimalna, ale jest. Mogą się do niej co najwyżej przyłączyć. To dałoby jej większy komfort, lecz warunków to chyba nie bardzo mają jak stawiać.

Zyski PSL i lewicy mogą sprawić, że wystarczą one PO do zmontowania koalicji przeciw PiS. Bez Petru może być trochę łatwiej, lecz przecież zagrożenia pozostają te same. Jeszcze łatwiej byłoby, gdyby to Petru zastąpił w takiej koalicji PSL. Choć napięcia wewnątrz PO mogą być od tego jeszcze większe. Konserwatyści stają się bardziej osamotnieni.

Gdyby jednak nowe inicjatywy osłabły, zaś wzmocnił się PiS, to może on liczyć na całkiem stabilną większość. Brakuje do niej dosłownie kilku procent – 2,5 zyskane i 5 stracone przez dwie listy tuż nad progiem.

Jak nietrudno zauważyć, przewidywanie czegokolwiek ostatecznego ma bardzo słabe podstawy. Pewna jest tylko niepewność – zapewne do ostatniej chwili.

Nie głosuj na spis treści!

Dziś jeden z bardziej emocjonujących momentów kampanii wyborczej – losowanie numerów list. W wyborach sejmowych znów będziemy głosować z pomocą książeczki, która tak wiele złego zrobiła w wyborach samorządowych. Problemy pogłębi tym razem spis treści – zmiana wprowadzona przez sejm w odpowiedzi na tamten kryzys.

Po raz kolejny dała o sobie znać zasada, że na społeczne bolączki można aplikować lekarstwa nawet bez postawienia diagnozy. Coś nie tak z brzuchem? Nie trzeba sprawdzać, czy to biegunka czy zatwardzenie… Nie wiem, na jakiej podstawie ktoś wymyślił, że głosujący oddają nieważne głosy, bo nie mogą w książeczce znaleźć wymarzonej listy. Być może sam miał taki problem. W każdym razie sejm przyjął, że to właśnie przesądziło o gwałtownym wzroście liczby głosów nieważnych. Postanowił temu zapobiec jak potrafił najlepiej, to zaś nie jest szczególną rekomendacją. Stąd właśnie w najbliższych wyborach, po odwróceniu tytułowej strony, oczom wyborcy ukaże się lista partii startujących w wyborach. Wczoraj znajomy uświadomił mnie, że rodzi to poważne niebezpieczeństwo. Niejeden z głosujących postawi zapewne krzyżyk na tej właśnie liście. Można powiedzieć – tym samym odsiejemy najmniej rozgarniętych. Nie jestem jednak przekonany, czy demokracja powinna stawiać takie bariery tym, którzy już chcieli się pofatygować do lokali wyborczych.

Jednak nawet bez tego dodatkowego utrudnienia, można się spodziewać wzrostu liczby głosów nieważnych. Próbowałem to oszacować sprawdzając o ile wzrósł ich procent po wprowadzeniu książeczki w trzech rodzajach wyborów – europejskich, sejmikowych i powiatowych (wliczając w to miasta-powiaty). Na podstawie tamtych wzrostów można wyliczyć spodziewany efekt w 2015. Wygląda to tak:

niewazne2015Te wyliczenia oparte są na założeniu, że wzrost będzie proporcjonalny do wcześniejszej liczby takich głosów w wyborach danego typu. Akurat sejmiki są najmniej niepokojącym punktem odniesienia. W wyborach PE i rad powiatów wzrost liczby głosów nieważnych był większy, tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Średnia ze wszystkich trzech przypadków dokładnie odpowiada wzrostowi w wyborach europejskich, stąd już tu jej nie pokazywałem jako oddzielnego słupka.

Ponad 3% dodatkowych głosów mogłoby przesądzić o tym, kto będzie rządził krajem. Dlatego też mam nadzieję, że tytułowe hasło zostanie przejęte przez wszystkie partie, które będą o problemie przypominać swoim wyborcom. Nic nie stoi na przeszkodzie, by w lokalach wyborczych robili to członkowie komisji. Sam natomiast już się szykuję na ciekawe badania – kontynuację prowadzonych właśnie badań nad głosami nieważnymi w wyborach sejmikowych. Klasyfikację takich głosów trzeba będzie poszerzyć o nową kategorię. Dzięki temu będzie można się dowiedzieć, jaki też będzie rozkład poparcia wśród tych, którzy na spis treści jednak zagłosują.

PS. Problemu by nie było, gdyby zmienić ordynację na spersonalizowaną proporcjonalną,

Jedynki – liderzy złudzeń

Nie wierzcie oficjalnym deklaracjom i medialnym komentarzom. To, kto startuje z jedynki na liście, ma w obecnym systemie marginalne znaczenie dla jej wyniku. To jedno z długiej listy złudzeń, którymi karmi nas obecny system. Złudzenie to najbardziej widoczne – tak jak same jedynki – choć może niekoniecznie najbardziej szkodliwe. Skoro jednak od tego zaczynają się przedwyborcze podchody, to i ja poświęcę mu nieco uwagi.

Od ogólnej reguły są oczywiście wyjątki. Te pozytywne to Przemysław Gosiewski czy Radosław Sikorski w roku 2007, którzy najwyraźniej pociągnęli swoje listy. O negatywnych wyjątkach na koniec. Niemniej jednak porównanie wyników obu głównych partii w dwóch ostatnich wyborach daje dane naprawdę jednoznaczne. Na początek jednak trzeba rozprawić się z zupełnie początkowym problemem i złudzeniem – liczbą głosów zdobytych przez jedynkę.

We wszystkich mediach znaleźć można po wyborach zestawienie, którzy kandydaci zdobyli najwięcej głosów. Przedstawiane to jest tak, jak gdyby to była ich osobista zasługa. To jest trzeci rodzaj prawdy w rozumieniu księdza Tischnera. Liczba zdobytych głosów jest w pierwszej kolejności zależna od wielkości okręgu, czyli liczby uprawionych do głosowania. Największy okręg ma pod tym względem przewagę względem najmniejszego w proporcji 3,2:1. Kolejny czynnik to frekwencja – tu zróżnicowanie ma się jak 1,6:1. Potem jest jeszcze poparcie partii, które różni się u obu głównych sił podobnie. W roku 2007 było to 2,4:1. Te zmienności mogą się w partiach przemnażać lub równoważyć. W efekcie liczba głosów zdobytych przez listę w najkorzystniejszym okręgu (dla obu partii to Warszawa I) do najmniej korzystnego (PO – Radom, PiS – Piła) ma się jak 7,7:1 (PO) i 4,9:1 (PiS).

Dopiero teraz można spróbować ustalić realną siłę lidera. Jej miarą jest procent głosów oddanych na listę, którą zgarnęła jedynka. O ile sama liczba głosów zdobytych przez jedynkę waha się w relacji 30:1 (PO) czy 23:1 (PiS), o tyle procent z głosów na listę jest już zróżnicowane znacznie mniej – 4,8:1 (PO) i 7:1 (PiS). Procent głosów zdobytych przez lidera zależy od dwóch czynników. Pierwszym jest coś, co rzeczywiście zależy od tego, kto jest jedynką – widoczność medialna (szczegóły w książce oraz publikacji w „Zeszytach Prasoznawczych”). Do tego dochodzi jednak jeszcze struktura osadnicza, która przesądza o rozproszeniu głosów w obrębie listy. Rozproszenie to wynika z rywalizacji pomiędzy poszczególnymi powiatami czy miastami. Średnia efektywna liczba kandydatów na liście dużych partii (liczona tak jak w politologii liczy się efektywną liczbę partii) jest skorelowana z efektywną liczbą powiatów w okręgu na poziomie 0,7. Po prostu – metropolie głosują na jedynki czy innych nielicznych medialnych kandydatów, powiaty ziemskie na swoich. Efektywna liczba powiatów w okręgach różnicuje się w proporcjach 10,7:1. Znów Warszawa jest ekstremum.

Spektakularne liczby głosów Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego brały się ze skumulowania możliwych przewag – Warszawa to okręg największy, o najwyższej frekwencji i bez podziałów terytorialnych. Na polu obecności w mediach liderzy mieli rzeczywistą, miażdżącą przewagę. W efekcie obaj uzyskali nieomal identyczny, najwyższy w kraju wskaźnik koncentracji – po 86,3%. Jednak jego spektakularny efekt w liczbach głosów wynikał już z cech okręgu. Można to łatwo zobaczyć sprawdzając, co by się działo, gdyby taki sam poziom koncentracji głosów dwa liderzy wywalczyli w innych okręgach. Pierwsze porównanie to te okręgi, w których ich partia miała najwyższe poparcie – Gdańsk (PO) i Nowy Sącz (PiS). Drugie, to okręg Elbląg – jeden z najmniejszych i do tego jeden z najniższą frekwencją. Natomiast procentowe poparcie dla PO i PiS jest tam nieomal takie, jak w Warszawie. Spodziewane liczby głosów pokazuje wykres:

jedynki2007Nawet w matecznikach swoich partii obaj liderzy mogliby liczyć na mniej niż połowę warszawskich głosów. Realnie pewnie jeszcze mniej, bo w Kartuzach czy Zakopanem ludzie bardziej są skłonni do głosowania na „swoich” niż na Woli czy Pradze. Natomiast w Elblągu ta sama siła lidera przekłada się na pięciokrotnie mniejszą liczbę głosów.

No to czas na znaczenie dla wyniku listy. Zrobiłem sobie takie zestawienie – o ile zmieniła się realna siła lidera pomiędzy 2007 a 2011 (czyli procent głosów w obrębie listy) a o ile wynik listy (procent ważnych głosów). Na wykresie obie zależności dla PO i PiS. Bardzo podobne.

jedynki2007-2011Jak widać, zależności są śladowe. Linie zmieniają się w całkiem poziome, jeśli pominąć dwa skrajne przypadki w PO i jeden w PiS, gdy procent dla jedynki spadł bardzo istotnie. Te trzy okręgi są warte uwagi. W PO to przypadki Poznania i Krakowa, gdzie dotychczasowe jedynki zostały – w wyniku wewnątrzpartyjnych intryg – zepchnięte na dalsze miejsca. W PiS to przypadek obsadzenia zupełnie anonimowego Piotra Pyzika w miejsce śp. Zbigniewa Religi a dodatkowo przerzucenie do sąsiedniego okręgu innego rozpoznawalnego posła – Wojciecha Szaramy. Jednak nawet w tych przypadkach można pokazać miejsca, gdzie spadek poparcia dla partii był większy, choć siła lidera nawet nieznacznie wzrosła. Wygląda na to, że – jeśli już – znaczenie dla wyniku partii mają ostre wewnętrzne konflikty, wokół których koncentruje się przekaz medialny. Można też w konkretnych przypadkach pokazać efekty braku na listach znaczących postaci obecnych na nich wcześniej. Bezpośrednie przełożenie jest bardzo słabe.

Jedynki mają znaczenie tylko dla bezpieczeństwa mandatu w przypadku słabeuszy oraz rozbuchanego ego w przypadku baronów. Ci ostatni mogą się potem chwalić swoim pozornym poparciem i używać tego jako argumentu na rzecz wzmocnienia swojej pozycji w partii. Może to zrobić wrażenie wyłącznie na tych, którzy nie zadali sobie trudu, by problemowi przyglądnąć się uważnie. W tym systemie liczba głosów oddanych na jedynkę nie jest żadnym wskaźnikiem przywództwa. Jest za to – w obu partiach – skorelowana z liczbą urodzeń w okręgu zdecydowanie bardziej, niż z procentowym poparciem dla danej partii. Zagadka pewnie nie za trudna, lecz może ktoś z czytelników zechce się zabawić i wyjaśnić, skąd taka zależność. Inaczej ktoś jeszcze zacznie twierdzić, że to dowód na płodność liderów.

PS. Zapowiadana notka o STV i AV jest już przemyślana, przykłady zebrane a obrazki gotowe. Dokończę ją w pierwszej wolnej chwili.

Polowanie na mandaty w gąszczu hipokryzji

W partiach – niezależnie od tego, co tam za oknem – jest gorąco i burzowo. W najlepsze trwają podchody wokół układania list. Media piszą o tym raz po raz, bo przecieki do mediów są narzędziem w tym podchodach. Nie są jednak w stanie odtworzyć całego gąszczu hipokryzji, który towarzyszy polowaniu na mandaty w realiach polskiej ordynacji.

Dzięki depeszy PAP, przez media – od GW do wPolityce – przemknęło kilka moich wyjaśnień w tej sprawie. To skromny skrót książki „Złudzenia wyboru”, gdzie rzecz jest zgłębiana w szczegółach. Tu medialne tezy uzupełnię jednym wyliczeniem. Pokazuje ono podział ról i szans w polowaniu na mandaty. Podział ten dotyczy ostatnich wyborów, lecz w 2007 roku wyglądał nieomal identycznie. Stąd można przypuszczać, że i w tym roku się powtórzy (nie omieszkam sprawdzić).

W naszej ordynacji teoretycznie wszystko jest możliwe, lecz w praktyce dość przewidywalne. W szczególności liczba mandatów, na które partie mogą liczyć w każdym z okręgów. Gdyby PO i PiS zamieniły się poparciem w porównaniu z ostatnimi wyborami (na co dziś się zanosi), z partii do partii przejdzie 50 mandatów. To oznacza przejęcie przez zwycięzcę z zasady jednego mandatu w okręgu, zaś w co czwartym okręgu mandatów dwóch. Czyli pozostałe 300 mandatów przypadnie tam, gdzie ostatnio. Jak nietrudno zauważyć, walka o to, kto zostanie posłem, w 1/7 rozstrzygnie się między partiami a w 6/7 już tylko w obrębie partii.  Oczywiście walka o to, komu przypadnie zbiorowo wypracowana nagroda oraz kto imiennie zapłaci na porażkę, będzie szczególnie zażarta.

W walce tej kluczowe znaczenie ma nałożenie się dwóch podziałów. Pierwszy dzieli kandydatów na inkumbentów (obecnych posłów) oraz pretendentów (całą resztę). Drugi to podział na zajmujących miejsca mandatowe strzelców oraz wypełniających dalsze miejsca listy naganiaczy.  Przypomnę, że miejsca mandatowe to te, które odpowiadają liczbie zdobytych przez listę mandatów. Przed wyborami da się to wyznaczyć z dokładnością ±1, no czasem 2. Po wyborach można policzyć, jak poszło czterem kategoriom kandydatów, których takie dwa podziały wyznaczają.

Wbrew potocznym wyobrażeniom, przy układaniu list inkumbenci nie są bezwarunkowo uprzywilejowani. W 2011 roku w każdej z czterech partii co piąty poseł wystartował jako naganiacz, zastąpiony na pozycji strzeleckiej przez jakiegoś pretendenta bliższego sercu centrali lub promowanemu przez koterię zwycięską w wewnętrznej walce o władzę w okręgu. Choć oczywiście gros strzelców to inkumbenci, zaś naganiaczy – pretendenci.

Ich wyborcze szanse pokazuje wykres. Dla każdej z czterech grup obliczyłem procent zwycięzców i przegranych.

2011szanseNajbardziej wyrównana walka toczy się pomiędzy inkumbentami „sczyszczonymi” (tak określa to polityczna gwara) a promowanymi pretendentami. Ich szanse są porównywalne. Trochę zależy od tego, ilu z takich strzelców-pretendentów wyląduje na jedynkach, skąd w dużych partiach przegrać jest bardzo trudno. Strzelcy-inkumbenci mogą spać spokojniej, choć przecież ich też z reguły spotyka dziesiątkowanie. Najczęściej na tej zasadzie, że pretendent trafia na jedynkę i jest nie do ruszenia (bo to np. medialny minister), zaś za jego plecami rozgrywa się pojedynek pomiędzy dwoma inkumbentemi – tym uprzywilejowanym i tym zdołowanym. Ten drugi nie jest bez szans.

Ten mechanizm można byłoby traktować jako koślawą podpórkę kulejącej rywalizacji wewnątrzpartyjnej. Argumenty przeciw są dwa. Po pierwsze – taka rywalizacja jest całkowicie chorobliwa. O sukcesie przesądza nie tyle zdolność do przyciągania głosów wyborców, ile zdolność do rozpraszania ich u konkurentów za pomocą odpowiedniej konfiguracji naganiaczy-pretendentów. Szczególną rolę odgrywają tu więzi terytorialne. To w ich imię listy zapełniane są do ostatniego miejsca. Zasadniczym efektem – i argumentem przeciw – jest jednak żałosny los takich lokalnych naganiaczy-pretendentów. Z wielką regularnością mandat zdobywa jednocyfrowy ich odsetek. Każda historia jest tu inna, lecz całość opowieści nie napawa optymizmem. Naganiacze-frajerzy są potrzebni partiom by napędzać głosy wyborców-frajerów w imię lokalnych interesów. „Nasz powiat powinien mieć swojego posła!” – to ich generalne zawołanie. System to obiecuje szczodrze, lecz nie daje żadnych szans, by ta obietnica spełniła się choćby w połowie powiatów ziemskich. Takie w każdym razie są wnioski z przebiegu wszystkich głosowań minionego ćwierćwiecza.

Wiedza ta jest przez partie skrywana przed zainteresowanymi. Gdy trwa nagonka na naganiaczy, każdemu obiecuje się najpierw dobre miejsce. Gdy z czasem wychodzi, że to jednak nie będzie piąte, lecz piętnaste, można zawsze podkreślić, że tak znana osoba na pewno sobie poradzi. Trzeba tylko „zrobić dobrą kampanię” – czyli poświęcić jak najwięcej czasu, energii i pieniędzy. A że te wydatki przyniosą korzyść innym, nie zaś zainteresowanemu, tego się przecież nie musi podkreślać. Ewentualne wątpliwości można rozwiać argumentem, że wyborcy tego nie zapomną i rozpoznawalność przyda się następnym razem (mocno wątpliwe), lub że partia tego nie zapomni, gdy będzie rozdzielać stanowiska w administracji (lub żeby pamiętać, komu zawdzięcza się już zajmowane stanowisko).  Pisałem tu o tym już parę razy, lecz z różnych reakcji wnoszę, że nigdy dość przypominania o tym wrednym mechanizmie. W szczególności zaś ubawiła mnie interpretacja „wPolityce”, jakobym demaskował mechanizmy działania PO. Droga redakcjo, w PiS wygląda to tak samo i to od lat. Kto nie wierzy, może sobie w książce sprawdzić takie wyliczenia dla każdej z partii z osobna. Reguły są jedne dla wszystkich i tak samo demoralizujące. Kto próbował w nie się wpasować przepełniony idealizmem, ten to odczuł najmocniej. Cwaniacy czują się w swoim żywiole.

PS. STV i AV muszą jeszcze poczekać – na razie zgromadziłem dane niezbędne do zilustrowania problemów.

Ordynacja – referendum a konstytucja

Reakcja części konstytucjonalistów na ordynacyjne referendum wprawia mnie w konsternację. Wygląda na to, że przyjęli oni narrację Ruchu na rzecz JOW, wedle której jednomandatowe okręgi oznaczają brytyjski system FPTP i nic innego. To by wyjaśniało ich wątpliwości, sugerujące jakiś związek referendum i konstytucji. Żeby rozwiać takie wątpliwości, chciałbym przedstawić tu mechanizm ordynacji, która spełnia podstawowe założenia Kukiza (460 okręgów, jeden poseł w każdym z nich, jeden głos, jedna tura), lecz jest całkowicie proporcjonalna. To znaczy proporcjonalna na wejściu (w takim rozumieniu, że kolejność w rankingu poparcia nie ma wpływu na to, która partia dostanie mandat, większego niż teraz) oraz na wyjściu – ma tak małe odchylenia od proporcjonalności, jakie są możliwe przy 460 mandatach. Od razu zastrzegę – NIE JESTEM ZWOLENNIKIEM TAKIEGO ROZWIĄZANIA. Dlaczego – wyjaśnię na przykładach. Najpierw jednak opiszę sam mechanizm. W sumie prosty.

Dzielimy kraj na okręgi w liczbie mandatów. W każdym startuje sobie kto chce. Jeśli jednak jakieś ugrupowanie wystawi kandydatów w więcej niż jednym okręgu, to głosy na nich oddane się sumują. Kiedy już mamy listę wszystkich komitetów, które wystawiły choć jednego kandydata oraz sumę głosów na każdy komitet oddanych, uruchamiamy standardową procedurą z dzieleniem mandatów proporcjonalnie, czyli dzieleniem tych głosów przez kolejne liczby (już obojętne, czy całkowite jak w  dH, czy nieparzyste jak w SL). Jeśli jakiś komitet otrzymać ma mandat, to NATYCHMIAST przydzielamy go do konkretnego okręgu. Jeśli to komitet jednego kandydata, to może go dostać tylko on. Jeśli jednak komitet ma kilku kandydatów, to najpierw trzeba sprawdzić, który z nich ma największe poparcie (procent w swoim okręgu). To on dostaje mandat. Z jednym jednakże zastrzeżeniem. Jeśli w danym okręgu jakiś kandydat innego komitetu dostał już mandat, to taki okręg jest pomijany. Mandat przypada następnemu kandydatowi danego komitetu, według kolejności poparcia – z zastrzeżeniem, że jego okręg nie jest już zajęty. Jeśli komitet ma tylko pojedynczego kandydata a jego okręg jest już zajęty, to komitet taki wypada oczywiście z gry. Kiedy zakończymy już taką procedurę, mamy 460 mandatów podzielonych proporcjonalnie pomiędzy wszystkie komitety a w każdym okręgu jednego posła, który będzie go reprezentował. Posła, który zdobył głosy tylko w tym jednym okręgu. Ładnie brzmi? Owszem, ale wygląda już gorzej.

Jak działałby taki system prześledziłem na wyborach sejmikowych. Nie wchodząc już w problem książeczkowego bonusu dla PSL, można je traktować jako przykład zróżnicowania poparcia dla różnych ugrupowań. Podział na okręgi wzięty jest z projektu, o którym napiszę przy innej okazji. Jakoś odpowiada wielkością możliwym okręgom sejmowym. Wziąłem pod lupę trzy z czterech największych województw.  Różnią się one liczbą znaczących komitetów oraz niuansami geografii wyborczej – to Małopolska, Mazowsze i Śląsk.  Żeby sobie uprościć problem, przyjąłem też 5% próg wyborczy, co eliminuje drobnicę, lecz wcale nie kluczowe problemy. Na początek Małopolska. W tabeli pokazano poparcie dla trzech komitetów w poszczególnych okręgach (w Krakowie generalne dla miasta). Szczegółowe obliczenia pozwolę sobie pominąć – kto chce, może sprawdzić samodzielnie. Zaciemniono te okręgi, w których komitet otrzymał mandat. W zdecydowanej większości przypadków przypadły one kandydatom z największym poparciem w okręgu. Jednak nie we wszystkich. W czterech okręgach proporcjonalny podział odbiera mandat zwycięzcy (wyróżnionemu zielonym tłem). Jeśli zaś na problem popatrzeć z perspektywy rywalizacji wewnątrz partii, to konieczność pomijania okręgów, gdzie inny kandydat dostał już mandat, również prowadzi do zaburzenia zdroworozsądkowych wyobrażeń. Czerwonymi liczbami zaznaczono przypadki, gdy kandydat musiał się obejść ze smakiem, bo gdy przyszła jego kolejka, to mandat w jego okręgu był już w rękach kogoś innego.

slowen_malopolskaW sumie to jednak tylko 5 odstępstw od zwykłego FPTP. Gdyby o mandacie decydowała tylko kolejność w okręgu, PiS miałby 3 mandaty więcej, PSL mniej o 2 a PO mniej o 1. Dodatkowo jeden mandat dla PO byłby w innymi miejscu. PiS miałby samodzielną większość, która z proporcji wcale nie wynika. Przy okazji – gdyby każdy z kandydatów startował indywidualnie, taki system jest całkowicie tożsamy z FPTP. Zwolennicy tego ostatniego powinni więc mu przyklasnąć, jeśli wierzą, że partie w JOW-ach znikną a ludzie będą się kierowali wyłącznie zdaniem o konkretnym kandydacie. Swoją drogą, nie wiem jak sobie z tym problemem poradzą ci prawnicy i politolodzy, którzy dostrzegają jakieś fundamentalne różnice pomiędzy systemem „większościowym” a „proporcjonalnym”.

Jako-tako wygląda to jednak tylko w najbardziej uporządkowanym politycznie województwie (jakim jest Małopolska). Na Mazowszu rzecz jest nie tylko bardziej skomplikowana ze względu na pojawienie się SLD, lecz ze względu na znacznie większe zróżnicowanie tego województwa. Najpierw jednak wyniki – zasady te same:

slowen_mazowszeW skali województwa wybory wygrał PiS. Według proporcji należy mu się 10 z 30 mandatów. Gdyby jednak decydowała sama kolejność, straciłby połowę z tego. W przytłaczającej części okręgów jest bowiem drugi na mecie. W Warszawie przegrywa z PO, w większości powiatów ziemskich z PSL. W FPTP zwycięzcą byłby PSL. Miałby prawie połowę mandatów – 14 – choć i PiS, i PO zdobyły więcej głosów. SLD oczywiście nie ma żadnych szans na mandat w bezpośredniej walce. Jednak w rozważanym systemie jego obecność oznaczać może odebranie mandatu zwycięzcy mającemu całkiem spore poparcie (Śródmieście) lub też zaskakujące rozstrzygnięcie w Legionowie – gdzie trzech się bije, tam czwarty korzysta.

Wreszcie drugie z pary największych województw, gdzie dochodzi jeszcze problem RAŚ.

slowen_slaskTu system FPTP też prowadziłby do jednoznacznego rozstrzygnięcia. PO zdobywając ledwie 27% ogółu głosów, zdobywa samodzielną większość. Ma o połowę więcej mandatów niż PiS, którego wyprzedza o marne 2%, SLD mogłoby tu liczyć na jeden mandat bezdyskusyjny a PSL na dwa. Przy lekko zmienionym układzie sił mogłyby dalej być języczkiem u wagi a obietnica samodzielnych rządów zwycięzcy nie byłaby spełniona.

Natomiast czysto proporcjonalne JOW-y znów prowadziłyby do sporego zamieszania. Już w co czwartym okręgu wynik jakoś by się gryzł ze zdrowym rozsądkiem. Można powiedzieć – przecież nasza obecna ordynacja prowadzi nie do takich cudactw. To jednak  słaby argument. W każdym razie, jeśli spojrzeć z drugiej strony, przy stuprocentowej proporcjonalności, wynik w zdecydowanej większości przypadków dalej jest taki jak w FPTP.

Wszystko to piszę, bo w trakcie zeszłotygodniowego Forum Debaty Publicznej u ustępującego prezydenta, rozmawiałem o problemie z kilkoma osobami i obiecałem im opis systemu z JOW, który byłby absolutnie jednoznacznie proporcjonalny. Tu obietnicę tę spełniam. Raz jeszcze – nie dlatego, żebym taki system popierał. Jest on natomiast zobrazowaniem innej zasady, o której w trakcie Forum mówiłem. Proste rozwiązania, takie jak FPTP, nasza obecna ordynacja, czy wreszcie system dziś opisany, generują zazwyczaj bardzo złożone problemy. Ich rozwiązanie wymaga zwykle złożonych regulacji. Te zaś opierają swoją skuteczność na delikatnej równowadze. Dlatego wymagają szczególnej uwagi. Dzisiejsza notka to wstęp do prezentacji takiego właśnie rozwiązania. Czekam na jego opublikowanie w innej formie, wtedy tu też je opiszę szczegółowo. Natomiast na dziś zaprezentowany system będę się też powoływał zawsze, gdy usłyszę wątpliwości co do konstytucyjności referendum. Jak już pisałem, mam z referendum kłopot. Lecz akurat nie ten.

PS. O obietnicy w prawie STV oraz AV pamiętam, lecz jeszcze chwilę musi to poczekać.