Archiwa tagu: PO

Lipcowe sondaże, lipne prognozy

Czy lipcowe sondaże to źródło lipnych prognoz? W uzupełnieniu do tekstu w Tygodniku Powszechnym trzy wykresy pokazujące przywołane tam dane.

Najpierw zestawienie średnich lipcowych sondaży z 16 ostatnich lat. Wyróżniono dominujący duet, dwóch mniejszych udziałowców „bandy czworga” oraz pozostałych, pokazanych jako jedna kategoria. Nazwy bez wnikania we wszystkie metamorfozy:

Twierdzenie, że w Polsce pogłębia się polaryzacja to – w świetle tych danych – raczej myślenie życzeniowe. Może to jednak tylko cisza przed burzą? Wykluczyć się tego nie da, lecz jak dotąd zmiany szły częściej w stronę depolaryzacji niż polaryzacji. Na początek porównanie według partii:

Niewielką polaryzację widzieliśmy przed 16 laty. Od tego czasu nasz osławiony „duopl” wychodził z kampanii osłabiony. Osiągnięcie przez PiS „czwórki z przodu” wymagałoby odwrócenia trendu, dość tu jednak widocznego, nawet jeśli to tylko cztery przypadki.

Można to jednak też pogrupować inaczej, uwzględniając pozycję względem władzy i rankingi. Wygląda to wtedy tak:

Generalnie spodziewać się można jeszcze całkiem znaczących zmian, choć lipcowe radości z miejsca na sondażowym podium w pięciu na sześć przypadków przynosiły potem rozczarowanie. Choć z drugiej strony trzeba mieć też na uwadze, że w ostatnich miesiącach sytuacja była całkiem stabilna:

Żadnego tsunami tu na razie nie widać, zaś ewentualne „równie pochyłe” to na razie są takie raczej „płaskawe”. Media są złaknione dramatycznych zwrotów akcji, lecz wygląda na to, że im bardziej ich pragną, tym bardziej ich brakuje. Walka jest wyrównana a słabości wszystkich pięciu stron na razie nie zapowiadają gwałtownych zmian. Pewnie jednak stopniowo rozgorączkowanie będzie mieć głębsze źródła. Do tego przyjdzie wrócić w pierwszych dniach września.

PS. Wyjaśnienia co do metodologii – wszystkie sondaże i wyniki są standaryzowane tak, że pominąłem niezdecydowanych oraz te partie, które ani w lipcowych sondażach, ani w październikowych wyborach, nie przekroczyły 2%.

Jak wszystkie inne – czy inne niż wszystkie?

Tytułowe pytanie to klucz do wyborów samorządowych. Czy są one odzwierciedleniem krajowych podziałów, czy też podziały takie nie mają w nich żadnego znaczenia. Odpowiedź na nie jest z tych raczej złożonych, niż prostych. Tak – są odzwierciedleniem, tylko dość skrzywionym. Dlaczego – to dłuższa opowieść. Zacząć ją wypada od uświadomienia sobie, że w wyborach tych bierze udział spora grupa takich wyborców, którzy na ogólnokrajowe głosowania nie chodzą (co dotyczy zwłaszcza małych gmin). Za to spora część tych, którzy wybierają posłów, do udziału w zmaganiach kandydatów na włodarzy i radnych się nie zniża (to szczególnie dotyczy dużych miast). Zależność frekwencji od wielkości gminy pokazuje wykres poniżej. Rozmiar bąbelków obrazuje wielkość miejscowości. Dużych miast jest mało, małych gmin jest dużo – to oczywistość, lecz lepiej to zobaczyć, niż tylko usłyszeć.

Takie zjawisko zmienia wiele w samorządowej polityce – i tej sejmowej, i tej gminnej. Więcej na ten temat można przeczytać w opracowaniu, które można znaleźć pod linkiem na końcu tekstu. W blogu nie jest łatwo zmieścić wszystkie przedstawione tam wątki. Generalny wniosek jest jednak taki – partie pozostają na lokalnych scenach bardzo ważnymi aktorami – muszą jednak dostosować się do oczekiwań innej publiczności. Kto tego nie potrafi, nie powinien się spodziewać oklasków, lecz gwizdów.

Plik do pobrania: „Wybory samorządowe – wzory zaangażowania”

Tuskograd

Wygląda na to, że „genialny strateg” poprowadził swoją partię na Tuskograd. Nie dość, że ze wspaniałego zwycięstwa – zarówno symbolicznego, jak i praktycznego – nic nie wyszło, to jeszcze skończyło się na jednoznacznej klęsce w totalnym okrążeniu. Czy najnowszy sondaż może otrzeźwić przynajmniej część kierownictwa PiS? W każdym razie prysznic to naprawdę zimny. Gdyby w najbliższą niedzielę odbyły się wybory, PiS oddaje władzę i nawet sojusz z Kukizem nie daje szansy na jej utrzymanie. Przeliczenie sondażu „Rzeczpospolitej” na mandaty wygląda tak:

Można się bronić przed rzeczywistością na dwa sposoby. Po pierwsze, podważać sondaże jako takie. Tyle tylko, że przez miniony rok koronnym argumentem polityków PiS, mającym potwierdzić sensowność prowadzonych działań, było właśnie sondażowe prowadzenie. Teraz dalej prowadzą, tylko ten wynik nie daje już złudzeń. Przy takim wyniku Kosiniak-Kamysz może powtórzyć za Pawlakiem „nie wiadomo, kto wygra wybory, ale na pewno nasz przyszły koalicjant”. Nic nie wskazuje na to, by mieli woleć PiS od PO z przyległościami.

Oczywiście można przejść do drugiej linii obrony – do wyborów dużo czasu a oderwana od rzeczywistości opozycja może jeszcze zawsze rządzącym podarować zwycięstwo. Tylko rządzący muszą chcieć przyjąć ten prezent. Tymczasem przez miniony rok prezesowi najwyraźniej udało się wmówić najbliższym współpracownikom, że jego geniusz pozwala zawiesić podstawowe prawa polityki. Ten sondaż potwierdza je jednak raz jeszcze. To opozycja odbywa pokutę polegającą na podnoszeniu się z kolejnych porażek. Od rządzących wyborcy oczekują zwycięstw realnych, nie zaś moralnych. To opozycja podgrzewa konflikty, żeby akumulować kapitał społecznego niezadowolenia. Próbą rządzących jest zdolność do ich ograniczenia, nie zaś dokładanie do kotła. Rządzącym pomóc mogą konflikty zewnętrzne (jak przed trzema laty agresja Rosji na Ukrainę uratowała symboliczne zwycięstwo PO w eurowyborach). Jednak najwyraźniej kluczowa część  Polaków nie uważa już relacji z UE za coś zupełnie zewnętrznego. Na pewno zaś nie zaczną uważać Tuska za obcokrajowca tylko dlatego, że tak to czuje jego wewnątrzkrajowy oponent. Tego typu retoryka trzymała PiS w ławach opozycji przez długie 8 lat. Najwyraźniej może go tam zaprowadzić raz jeszcze.

PS. Jedno zastrzeżenie do tytułowej analogii. Generalnie jestem zagorzałym przeciwnikiem „argumentum ad Hitlerum” czy też „Stalinum”. Wszystkie porównania do faszyzmu i komunizmu w ocenach ideowych aspektów polityki uważam za kompromitujące dla tych, którzy ich używają. Natomiast Stalingrad jest dla mnie przede wszystkim wydarzeniem militarnym, w którym skupiają się najróżniejsze problemy decyzyjne. Innego aspektu tej bitwy używałem przed ponad czterema laty do zobrazowania problemów PO. Można się o tym przekonać tu: https://www.tygodnikpowszechny.pl/syndrom-stalingradzki-17794

Darczyńcy zwycięzcy

Podobnie jak w roku 2011, zwycięzca wyborów nie mógłby się cieszyć z ich jednoznacznego wymiernego rezultatu, gdyby nie prezenty otrzymane od konkurencji. Rozbicie głosów na dwie listy, zabiegające o podobnych wyborców, daje dodatkowe mandaty innym partiom. Łatwo to sprawdzić dodając poparcie takich list i przeliczając mandaty. Daje to trzy podstawowe scenariusze oraz ich różne kombinacje.

W pierwszym scenariuszu Miller i Palikot nie tylko przekazują Nowackiej przywództwo w Zjednoczonej Lewicy, lecz potwierdzają to osobistym wycofaniem się z wyborów. Odbierają tym samym partii Razem uzasadnienie startowania osobno. Głosy na obie listy się sumują, co pozwala przekroczyć liście Zjednoczona Lewica Razem nawet koalicyjny próg.

W drugim scenariuszu po przegranych wyborach prezydenckich w PO uruchamiany jest ostry program naprawczy, zakładający też wymianę lidera. Jego elementem jest otwarcie się na inicjatywę Ryszarda Petru. Wspólna lista Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej dostaje 31,7% głosów – prawie tyle, co PiS w 2007 roku.

W trzecim scenariuszu głosy oddane za komitet Zygmunta Stonogi przypadają Korwinowi. To akurat tyle, ile potrzeba do przekroczenia progu. Na obrazku pokazano też podział mandatów dla współwystępowania scenariuszy Zjednoczona Lewica Razem oraz Korwin Stonogi, ZLR i NPO oraz wszystkich trzech jednocześnie.

2015 integracjaDwa pierwsze scenariusze odbierają większość PiS, zaś trzeci stawia ją pod znakiem zapytania (co zrobić ze Zbonikowskim?). Sumy dwóch scenariuszy pogłębiają tylko problem, uzależniając PiS od poparcia przytłaczającej większości kukizowców. Przy trzech Korwin pozostaje z symboliczną reprezentacją – ciekawe, czy objąłby sam jeden z dwóch mandatów czy też oddał go Miriam Shaded,

Dla porównania takie samo zestawienie dla poprzednich wyborów:  2011 integracjaWtedy PiS i lewica na wyścigi z Palikotem podarowały koalicji PO-PSL większość. Teraz prezenty odbiera PiS. Jak widać, może tu obowiązywać jakże szlachetna wzajemność. Tylko lewicy coś na zdrowie nie wychodzi to rozdawnictwo. Może liczy, że za cztery lata zostanie wynagrodzona w dwójnasób. Może zaś tylko wciąż spłaca zobowiązania z 1993 roku.

Notka jest wizualizacją moich wyliczeń na potrzeby tekstu Renaty Grochal w GW.  Analogiczną notkę po poprzednich wyborach można zaś znaleźć tu.

Tsunami czy przypływ?

Wbrew wielu medialnym przekazom, 26 października nie przeszło przez Polskę żadne tsunami i nie zdemolowało znanej już od lat geografii wyborczej. Wszystko jest dokładnie po staremu, tylko – zgodnie ze standardami demokracji – nastąpił przypływ poparcia dla opozycji a odpływ dla obozu rządzącego. Niejakie zamącenie obrazu nastąpiło za sprawą Nowoczesnej. Dość łatwo jest go jednak wyklarować.

Na początek wyniki w okręgach jako pochodna takowych w roku 2011. W przypadku Nowoczesnej punktem odniesienia są wyniki PO.

2015sejmzmianyPiSPOJeśli ktoś tu widzi rewolucję, to musi ciekawie definiować jej kryteria. Wcześniejsze poparcie wyjaśnia nowe – w 97% dla PiS, w 90% dla PO i w 78% dla Petru. PiS dostał to co miał powiększone o jedną dwunastą i dodatkowo w każdym okręgu po równo 5 punktów procentowych z okładem. PO straciła wszędzie jedną trzecią i dodatkowo jeszcze po prawie 2 pp. Najważniejsze jest jednak zrozumienie, że gdy premier Kopacz rozpaczliwie walczyła o wyborców środka właściwego (rządziliśmy sprawnie jak nikt przed nami), oraz rozłożonych po bokach linii frontu wyborców tradycyjnej lewicy i prawicy (patrz notka z 12.10), Petru odebrał jej sztandarowych dotąd wyborców PO – tych najbardziej (bi-)liberalnych. Warto zwrócić uwagę na nieliniowy charakter zależności poparcia dla Nowoczesnej od wyników PO w 2011 – im większe było niegdyś poparcie dla partii Tuska, tym większą jego część udawało się odkroić Nowocześniejszej Platformie Obywatelskiej.

Gdy zwycięska dotąd partia ma odpływ poparcia, zaś opozycja przypływ, to nawet przy tak równomiernym jego charakterze następuje przesunięcie linii frontu symbolicznego zwycięstwa. Szczególnie tak silnie przewidywalnego geograficznie, jak to ma miejsce w Polsce. By to dobrze zobaczyć, lepiej jest traktować wyborców Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej jako jedną całość przy porównaniach z poprzednimi wynikami.  Zrobił to już M.Palade, ja pozwolę sobie odejść od przedstawiania samego zwycięstwa (które ma znaczenie czysto symboliczne) i pokazać skalę przewagi zwycięzcy okręgowego wyścigu. Na początek 2011.

2011 przewaga w okręgachNa tym tle 2015:

2015 przewaga w okręgachPrzypływ zalał wszystkie 3 okręgi, w których przewaga PO była poniżej 10% oraz 6 z 8, gdzie była poniżej 20%. Żadnego więcej. Dla wyniku wyborów równie istotne było jednak spłycenie poparcia na obszarach zachowanej przewagi NPO oraz pogłębienie dominacji PiS w jego matecznikach. Warto tu przypomnieć – co jest szerzej opisane w „Złudzeniach wyboru” – że wzrost poparcia dla PO w Polsce wschodniej miał kluczowe znaczenie dla jej sukcesu w 2007 roku.

Najśmieszniejsze jest w tym to, że zamieszanie spowodowane przez Petru ocaliło polską demokrację przed prawdziwym problemem, którym byłaby konieczność szukania przez PiS koalicjanta. Sięgnięcie po Kukiza oznaczałoby, że głębszy bunt przeciw systemowi wywalczył sobie realny dostęp do władzy a w każdym razie uzależnienie jej od siebie. Uzupełnienie większości przez PSL lub rozłamowców z PO podważałoby wiarę, że możliwe jest pełne zastąpienie obozu rządzącego przez opozycję. Kto jeszcze przyczynił się do takiej skali zwycięstwa PiS? O tym pewnie jutro. Dziś tyle, że niezależnie od wcześniejszych jeremiad PiS i obecnych jeremiad „antykaczystów”, demokracja w Polsce wygląda bardzo modelowo, jeśli oceniać ją pod kątem ruchów wahadła na linii rządzący-opozycja.

PS. Więcej o polskich podziałach pisałem tu.

Szczyty głupoty, czyli o liczeniu jedynkom głosów

„PiS to partia życia a PO – śmierci!” lub – jak kto woli – „PO to partia życia a PiS – śmierci!”. Takie tytuły można byłoby nadać, gdyby dziennikarze zadali sobie trud sprawdzenia, od czego zależy liczba głosów zdobytych przez jedynkę. Liczba, którą tak się ekscytują, robiąc na jej podstawie swoje rankingi. Rozumiem, że pokusa, by to porównywać jest przemożna, lecz jeśli ktoś tak bardzo poszukuje czegoś spektakularnego, to czemu się ograniczać? Policzyłem – liczba głosów zdobytych przez jedynki każdej z głównych partii jest zależna od liczby zgonów w zeszłym roku w okręgu, jak również liczby urodzeń, które miały tam miejsce (korelacje w przedziale 0,5-0,7). Można stąd wyciągać dowolny zestaw danych i podeprzeć nim przytoczone powyżej wnioski – do wyboru, do koloru. A że będą one bezsensowne, bo wszystko zależy po prostu od wielkości okręgu? Przecież to nikomu chyba nie przeszkadza – klikalność rośnie.

Gdyby jednak ktoś chciał się dowiedzieć o polskich wyborach nieco więcej, to idąc tropem mojej sierpniowej notki o liderach złudzeń, policzyłem jaki był tym razem związek pomiędzy realną siłą lidera a siłą partii. Dla dwóch głównych ugrupowań policzyłem zmianę  poparcia w okręgu względem 2011 i zmianę procentu głosów na listę, który był udziałem jedynki. Wykres pokazuje, jak się ma to pierwsze do drugiego.

2015sejmznaczeniejedynkinJak widać gołym okiem (a potwierdzają to współczynniki równań regresji), zmiana siły jedynki w obrębie partii nie ma systematycznego związku ze zmianą siły partii. Może mieć jednak związek incydentalny. Cztery przypadki podpisałem – dla każdej partii po dwa, według oczywistego klucza.

Gdy ktoś twierdzi, że Jarosław Kaczyński i Ewa Kopacz byli prawdziwymi wunderwaffe swoich ugrupowań (co przecież wynika ponoć z  każdego rankingu gołego poparcia), to bierze się to bardziej z kalkulacji w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach niż z dostępnych danych. Zmiany poparcia w przypadku obu partii były najmniej korzystne akurat tam, gdzie przewodzili im liderzy. Natomiast tam, gdzie startowali pretendenci do przywództwa (za każdym razem w jakże odmiennym kontekście), zmiany poparcia dla partii były prawie na przeciwnym biegunie (PiS miał minimalnie większy wzrost w okręgu rybnickim niż w chrzanowskim mateczniku Beaty Szydło, natomiast PO ciut mniejsze spadki miał w Chełmie niż w Kielcach). To najpewniej wiąże się ze zmianami konkurencji, która na polu międzypartyjnym szczególnie w Warszawie była ostra, zaś np. w Kielcach nie startował już sam marszałek Jarubas. Gdyby ktoś miał jednak wątpliwości, to małe zestawienie udziału głosów zdobytych przez dwójkę kandydatów w poparciu całej listy w kolejnych wyborach:

2015sejmszydlokaczynskiW 2007 roku Szydło startowała z drugiego miejsca, poprzedzana przez Pawła Kowala. Oczywiście jest w tym bonus za syndrom „nasz sąsiad w centralnych mediach”, lecz przecież Kaczyński ma bonus metropolitalny. W każdym razie coś to jednak mówi o wyborach PiS. Pewnie gdyby Ewa Kopacz nie porzuciła Radomia na rzecz spektakularnej liczby głosów w Warszawie, to ona też mogłaby się pochwalić mocno rosnącym udziałem w głosach na listę i stosunkowo niewielkim spadkiem poparcia dla partii. Lecz ta chwila szczęścia, jaką muszą być dla polityków idiotyczne rankingi liczby zdobytych głosów, jest najwyraźniej bardzo kusząca.

Wyborcy – procenty i miliony

Procenty są oczywiście ważne – zwłaszcza, że przesądzają o podziale mandatów. Jednak pogłębiony obraz tego, co się zdarzyło w wyborach, wymaga spojrzenia drugim okiem – porównania liczby wyborców poszczególnych ugrupowań z poprzednimi głosowaniami.

Na początek dwie prawdy, które umykają zwykle w analizach. Po pierwsze – czas leci nieubłaganie. W Polsce w wyborach bierze za każdym razem udział około 15 milionów obywateli. Podczas czteroletniej kadencji jakiś milion dotychczasowych wyborców opuszcza ten łez padół, zaś ich miejsce zajmuje kolejna generacja. Po drugie – Polacy chodzą na wybory napędzani nadzieją, zaś odpuszczają je sobie, gdy te nadzieje zmieniają się we frustrację. Stąd to „około” przy 15 milionach jest naprawdę duże – odchylenie standardowe ogólnej liczby głosujących w ostatnich czterech wyborach to prawie 2 miliony. Ta sama liczba głosów zdobytych przez partię może więc stanowić zupełnie inny procent ich ogólnej liczby. Wszystko to można zobaczyć na wykresie, pokazującym zmiany poparcia dla głównych sił od 2005 roku (parę partii pogrupowałem w zestawy, PJN w 2011 dodałem do PiS) – liczone w milionach głosów.

2015sglosyJeśli tak na to spojrzeć, to PO straciła od 2007 roku ponad 3 miliony wyborców ale PiS zyskał tylko ciut ponad pół miliona, czyli tyle samo co Korwin. Nowa siła – Miejscy Drwale Razem – prawie dobiła do tej liczby głosów, które miały dwie inne konkurencyjne względem SLD inicjatywy – SdPL i demokraci – w roku 2005. Wtedy poszli oni podzieleni, przegrali i zostali zapomniani. Kukiz powtórzył wynik Leppera z dokładnością do 10 tys. głosów. Kolejna próba stworzenia nowocześniejszej Platformy Obywatelskiej przyniosła efekt o ćwierć miliona głosów gorszy. Ludowcy względem 2005 stracili mniej niż 50 tys. głosów. Zjednoczona Lewica względem SLD w 2011 jeszcze mniej.

Jeśli tak na to spojrzeć, to niezmiernie dziwi, że żadna z partii politycznych nie wpadła na to, by zamiast niesławnej akcji „zabierz babci dowód”, rzucić hasło „zdobądź babci kopertę”. Możliwość głosowania korespondencyjnego daje teoretycznie kolosalne możliwości mobilizowania nowych wyborców. W praktyce okazuje się, że ani nasze ponoć wszechmocne stare partie, ani ponoć pełne pomysłów nowe inicjatywy, nie są w stanie podołać takiemu wyzwaniu.

To może tyle na początek, jeśli chodzi o powyborcze analizy. Ciąg dalszy nastąpi.

Raz, dwa, trzy – rządzisz Ty!

Ostatnia dawka sondaży to okazja do sprawdzenie raz jeszcze możliwych scenariuszy po niedzielnych wyborach. Poza zwykłym przeliczeniem mandatów na podstawie średniej, sprawdziłem jeszcze 6 innych konfiguracji, opartych na przesunięciu jednego, dwóch lub trzech punktów procentowych poparcia pomiędzy partiami.

Średnia 5 sondaży z portalu ewybory.eu (MillwardBrown, IPSOS, TNS, CBOS i IRBiS) została przyrządzona tak, że wcześniej wyrównałem pokazywane w nich procenty do jednego standardu – tak by się dla ósemki partii sumowały do 100. Wyszło to tak:

2015sejmsondazePrzeliczyłem to na mandaty i zacząłem sprawdzać, co by się stało, gdyby takie poparcie zaczęło się zmieniać. Pierwszym krokiem są scenariusze ze zmianami o 1%. W pierwszym traci PiS, zyskuje Korwin, w drugim zyskuje PiS a traci lewica. Dwa kolejne zakładają zmiany o 2%. W pierwszym zyskuje PiS, zaś traci Petru, w drugim odwrotnie, do tego jeszcze Kukiz traci na rzecz ludowców. Wreszcie dwa scenariusze ze zmianami o 3%. Najpierw taka strata u PiS i Kukiza, z zyskiem ludowców i Razem. W ostatnim scenariuszu Kukiz traci 3%, Korwin 2% a PiS 1%, zaś zyski ma PSL (3%), Petru (2%) i ZL (1%). Na wykresie wygląda to tak:

2015sejmscenariuszePrzy obecnych sondażach PiS jest o włos od większości. Może ją zyskać dzięki Kukizowi, ludowcom lub na skutek nawet niewielkiego rozłamu w PO. Może sobie spokojnie ogłosić przetarg „kto zażąda mniej?”. Obecna sondażowa pozycja Kukiza nie daje szans na koalicję „antykaczystowską”. Wejście Korwina, jeśli wiąże się z minimalną stratą PiS, wbrew pozorom  zawęża pole manewru. Do większości PiS brakuje 17 mandatów, których nie mają ani ludowcy ani Korwin. Pozostaje Kukiz lub naprawdę spory rozłam w PO. Jednak zmiana o 1% w drugą stronę, przy takiej samej stracie lewicy, daje PiS spokojną większość. Kukiz może najwyżej bić brawo, lecz przecież nie będzie stawiać warunków.

Przesunięcie 2% głosów pomiędzy Petru a PSL umacnia PiS, choć dalej brakuje mu jednego mandatu do większości (bo w końcu na Mniejszość Niemiecką rząd zawsze może liczyć).  Jeśli jednak wzmocnią się i PSL, i  Petru, zaś PiS i Kukiz o te 2 procent osłabną, to zachowują one razem większość, lecz naprawdę minimalną.

Nie mają jej jednak, jeśli każda z nich straci po 3%, zaś nad progiem znajdzie się Razem. Tyle tylko, że możliwa koalicja „anty-PiS” musiałaby składać się z 5 partii – do tego bardzo różnych. Trudno sobie nawet wyobrazić, jaka byłaby skala wewnętrznych problemów. Trochę one maleją, jeśli beneficjentami osłabienia obozu zdecydowanej zmiany byłaby po części lewica o po części Petru. Dalej jednak PSL może widzieć większy sens w byciu po stronie zwycięzcy i prezydenta niż w dołączeniu jako najmniejszy człon do czwórkoalicji.

Drugi oddech Kukiza i Korwina oraz przebłysk sławy Razem nieco przesunęły równowagę i dodały nowe scenariusze do tych już omawianych przed dwoma tygodniami. Ciągle jednak bardzo niewielkie przesunięcia poparcia mogą wywrócić jedne układanki a umożliwić inne. Tu naprawdę każdy głos się liczy.

Senat – połowiczna koalicja

Koalicja rządowa mogłaby połączyć swoje siły w wyborach senackich w nadziei na zdobycie dodatkowych mandatów. Zrobiła tak jednak tylko w połowie przypadków – i to głównie tam, gdzie to akurat ma mniejsze znaczenie. Obie partie odpuszczają za to okręgi „niezależnym” kandydatom.

Przewidywania wyników wyborów senackich oprzeć można na dwóch źródłach – starych wynikach i nowych sondażach. Nie wchodząc w szczegóły spróbowałem oszacować senacką bazę PiS i PO, przyjmując, że sondażowi wyborcy Nowoczesnej w wyborach senackich zagłosują  na kandydatów Platformy z braku własnych. W tabeli zestawiłem takie przeliczenie z wynikami PSL i SLD z 2011 roku. Bledszym odcieniem pokazane są miejsca, gdzie partia nie wystawia kandydata. Białe cyfry w kolumnie z poparciem dla PiS pokazują okręgi, gdzie po takim przeliczeniu partia ta wygrywa. W poprzednich wyborach taka socjopolityczna baza była jeszcze modyfikowana przez osobiste atuty i słabości (także te konkurentów) – jednak 90% wyników było zgodne z tym, co w tym samym czasie działo się w wyborach sejmowych.

Grubą kreską w kolumnie z wynikami PSL zostały obwiedzione przypadki, gdy różnica pomiędzy silniejszą z partii koalicji a PiS jest mniejsza niż poparcie dla słabszej z partii koalicji. Oznacza to tyle, że gdyby jedna z partii odpuściła sobie wystawianie kandydata i poparła tego wystawionego przez drugą, to miałby on większą bazę niż konkurent z PiS. Jeśli jednak wystawiają kandydatów obie, to kandydat PiS jest faworytem.

2015senatkandyd12015senatkandyd2Pomimo większego generalnego poparcia PiS względem Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej (40:33), spodziewany podział mandatów to 47:53 (wliczając w to różnych Biereckich i Borowskich). To są skutki smaczków polskiej geografii wyborczej, o których tu już pisałem. Żeby zdobyć senacką większość, PiS musiałby liczyć na podział elektoratu pomiędzy kandydatów PO i różnych niezależnych. Musi się jednak także liczyć z tym, że mandatów będzie jeszcze mniej. W takim np. Bielsku Podlaskim będzie tylko dwóch kandydatów i jeśli wszyscy poza zwolennikami PiS zagłosują na byłego posła SLD Czykwina, to może on się stać następcą Cimoszewicza. Podobnie w Legionowie – przeciw kandydatowi PiS Żarynowi przemawia to, że nie ma swoich kandydatów nikt poza PO.

O ile jednak strategia SLD jest trudna do zoptymalizowania, o tyle PO i PSL mogłyby osiągnąć znacznie większy poziom współdziałania – także dlatego, że często PSL jest wypukły tam, gdzie PO jest wklęsła. Generalnie dwie strategie – nie wchodzić sobie w drogę i walczyć bez zahamowań – przemieszane są nieomal idealnie pół na pół. W 46 okręgach obie partie wystawiły kandydatów, w 49 jedna ustąpiła drugiej (PO odpuściła 12 a PSL 37). Do tego w 5 okręgach żadna nie ma oficjalnego kandydata (poza wspomnianym Bielskiem także Pruszków zostawiony dla Giertycha, Lublin dla Cugowskiego, Warszawa dla Borowskiego oraz Stalowa Wola z weteranką UW, PSL i PiS Lidią Błądek). Z 14 okręgów, gdzie potencjalny zysk wydaje się bardziej prawdopodobny, wymiana uprzejmości nastąpiła tylko w Cieszynie (na rzecz PO) oraz Płocku i Kielcach (na rzecz PSL). Do tego dochodzi jeszcze kilka okręgów, gdzie PSL może liczyć nie tylko na wsparcie PO, lecz także na brak lewicowej konkurencji (Ostrołęka, Kozienice, Suwałki).

Jaki z tego prognostyk dla powyborczych koalicji? Niespecjalny – PSL raz jeszcze przyjmuje starą strategię. Z PO trochę współpracuje a trochę konkuruje. Z drugiej strony trudno się dziwić PO, że nie chce zbytnio pompować senackiej reprezentacji PSL, które może przecież odwrócić sojusze. W każdym razie, trzeba być przygotowanym na pojawienie się jeszcze jednego elementu chorobliwej niestabilności naszego układu władzy. Senat może mieć inną większość niż sejmowa. Mniej to kłopotliwe niż weto opozycyjnego prezydenta, lecz dalej jest źródłem napięć i polem  wątpliwych rozgrywek. Wcale nie musi jednak wynikać z odmiennych preferencji – to może być czysto mechaniczny efekt nieprzewidywalnej ordynacji, jaką jest FPTP.