Archiwum autora: jaroslawflis

Konstytucja – d’Hondt be surprised

Choć atmosfera nie sprzyja dochodzeniu do porozumienia, pocieszać się można tym, że w ogóle zapowiada się dyskusja nad konstytucją. Solidnie zażenowany awanturą trybunalską, rezerwuję swoją pasję dla sprawy ordynacji. Dziś zapowiedziany model probabilistyczny systemu d’Hondta.

Rzecz przedstawiałem w poprzedni wtorek na sympozjum organizowanym przez Centrum Badań Ilościowych nad Polityką UJ (link na końcu). Od strony praktycznej jest to wyjaśnienie, w jaki sposób można przeliczyć wyniki ogólnokrajowych sondaży na spodziewany podział mandatów bez żmudnego a wątpliwego szacowania podziału głosów pomiędzy okręgi. To pokazanie kuchni notki z wieczoru wyborczego. Szerszy ogląd to pytanie o sens konstytucyjnego wymogu proporcjonalności. Tytułem zniechęcenia dla miłośników politycznych ustawek uprzedzę, że będzie trochę matematyki, nawet jeśli na poziomie szkoły podstawowej. Dociekliwych to nie powinno zniechęcać. Moja córka, gdy miała sześć lat, powiedziała kiedyś do siebie – „to trudne, ale nie za trudne dla takiej małej, zdolnej dziewczynki”.

Na początek wyjaśnienie, jak dokładnie działa mechanizm stosowany w Polsce do podziału mandatów w okręgu. Powszechnie znana jest jego formuła ilorazowa (podziel głosy oddane na listy przez kolejne liczby całkowite, etc.). Taka formuła gmatwa niemożebnie całkiem prostą sprawę. W innej formule metoda sprowadza się bowiem do jednego zdania. Musimy znaleźć taką liczbę, że gdy podzielimy przez nią głosy zdobyte przez wszystkie listy i zaokrąglimy w dół, to rozdzielimy tyle mandatów, ile przysługuje danemu okręgowi. Uświadomienie sobie tego zawdzięczam dr Jackowi Hamanowi z UW, który rzecz opisał w swojej książce „Demokracja, decyzje, wybory”.

Ten w sumie prosty mechanizm ma ciekawe konsekwencje. Ich zrozumienie wypada zacząć od wyjaśnienia, jak szukać należy kluczowej dla metody liczby, przez którą będziemy dzielić głosy. Pierwszym krokiem jest wyliczenie „kwoty prostej”, czyli głosów odpowiadających w okręgu jednemu mandatowi. Dzielimy sumę głosów oddanych na wszystkie partie biorące udział w podziale mandatów przez liczbę mandatów w okręgu i już. Teoretycznie jest możliwe, że teraz wystarczy pójść w drugą stronę, by rozwiązać całe zadanie. Jeśli podzielimy wyniki każdej z partii przez taką kwotę, to rozdzielimy wszystkie mandaty. Stanie się tak jednak tylko wtedy, gdy każda partia dostanie idealnie wielokrotność takiej kwoty. Jest to skrajnie nieprawdopodobne. W praktyce przydzielonych tą metodą mandatów pełnych jest mniej niż mamy ich wszystkich rozdzielić. Każdej partii zostaje bowiem jakiś ułamek – naddatek na kolejny mandat. Naddatek ten obcinany jest przy okazji zaokrąglenia. Suma takich ułamkowych naddatków odpowiada liczbie mandatów, które nam zostały do rozdzielenia. Jedno jest tylko pewne – żadna partia nie dostanie mandatów mniej, niż ma mandatów pełnych, wyliczonych dzięki podzieleniu jej wyniku przez kwotę prostą.

Jeśli mamy rozdzielić pozostające ciągle w puli mandaty, musimy zmniejszyć kwotę, przez którą będziemy dzielić głosy. Każde zmniejszenie kwoty powoduje wzrost naddatków partii. W którymś momencie naddatek którejś z partii urośnie na tyle, że zrówna się z naszą nową kwotą. Przeskalowanie kwoty musimy robić aż do momentu, gdy rozdzielimy wszystkie mandaty.

Najlepiej zobaczyć jak to działa na przykładzie. Na podwójnym wykresie, w każdym z naszych okręgów, pokazano drogę ku mandatom dwóch partii – PiS i Nowoczesnej. Na szaro zaznaczono mandaty pełne. Ujemną wartość przypisano naddatkom, wyrażonym jako ułamek mandatu. Wreszcie na zielono pokazano mandaty zdobyte na skutek przeskalowania – czyli różnicę pomiędzy ostateczne zdobytymi mandatami a mandatami pełnymi.

2015 dH odchyleniaWidać tu kluczową dla sprawy różnicę pomiędzy partią dużą i małą. To, że partia duża ma więcej mandatów pełnych jest oczywiste. Znacznie ważniejsze jest to, że partia największa ma średnio takie same naddatki jak partia o kilkukrotnie niższym poparciu. To wynika z rachunku prawdopodobieństwa – wartość oczekiwana takiego naddatku to pół mandatu. Pomimo podobnych naddatków, liczba mandatów otrzymywanych przez partie w wyniku przeskalowania jakościowo się różni. PiS dostał ich 48 zaś Nowoczesna tylko 9. Dlaczego – to właśnie kluczowy efekt systemu.

Jeśli zmniejszamy kwotę, prawdopodobieństwo zdobycia mandatu jest zależne od wielkości partii. Wydawać by się mogło, że decyduje o tym naddatek na kolejny mandat. Jest jednak czynnik ważniejszy. Im więcej ktoś już ma mandatów pełnych, tym więcej zyskuje na zmniejszeniu kwoty – każdy pełny mandat generuje mu dodatkowy naddatek na kolejny mandat. Gdy okręgów jest 41, prawo wielkich liczb może jeszcze nie działa, lecz prawdopodobieństwo nadzwyczajnego odchylenia od wartości oczekiwanej jest niewielkie. Widać to na wykresie, na którym pokazano oba efekty dla wszystkich czterech wyborów prowadzonych w obecnym systemie i wszystkich 20 ogólnopolskich komitetów, które załapały się w nich na mandat. Na osi poziomej efektywne poparcie dla partii (czyli po odliczeniu ugrupowań podprogowych). Krzyżykami pokazano sumę naddatków we wszystkich okręgach wyrażoną w mandatach. Kółkami – jaki procent mandatów przyznawanych dzięki przeskalowaniu kwoty zdobyła dana partia.

2015 dH odchylenia 2O ostatecznym podziale mandatów przesądzają zatem dwa kroki. Najpierw wszystkie partie wrzucają do wspólnego kociołka po 20,5 mandatu (w polskich realiach, czyli przy 41 okręgach). Ten „wsad do kotła” nie zależy od wielkości poparcia dla partii, jeśli ma ona więcej niż 5% głosów. Jednak z tak stworzonego wspólnego kociołka więksi wyjadają więcej. Tu rodzi się ich nagroda i strata mniejszych. Całość wyraża się wzorem:

S = V∙M – D/2 + V∙D∙P/2

S – liczba mandatów
M – liczba mandatów w parlamencie
V – udział partii w efektywnie oddanych głosach
D – liczba okręgów wyborczych
P – liczba partii biorących udział w podziale mandatów

Im więcej partii bierze udział w podziale mandatów, tym większy jest kociołek i tym więcej zyskują na mechanizmie ci, którzy są więksi od średniej. Jednocześnie każdy z mniejszych traci wtedy mniej. Wykres spodziewanego udziału w mandatach, w zależności od wielkości partii i liczby partii nad progiem, wygląda tak:

2015 dH odchylenia 3W czterech wyborach przeprowadzanych w tym systemie liczba partii wynosiła: raz 4, raz 6 i dwa razy po 5. Pokazane linie dla 3 i 7 partii są więc brzegami nieco poszerzonego wachlarza. Generalnie system jest proporcjonalny i to nawet liniowo, tyle, że nie jest to proporcja 1:1. Żeby była jasność – nie jestem wcale wrogiem takiego mechanizmu. Wręcz przeciwnie. Uważam, że większym partiom należy się premia za utrzymanie jedności. Ta, którą tworzy nasza liczba okręgów, jest bardzo rozsądna. Są tu jednak cztery „ale”.

Po pierwsze nie wiem, jak z takim zjawiskiem mogą sobie radzić konstytucjonaliści. Co prawda w rachunek prawdopodobieństwa można po prostu nie wierzyć, lecz bardzo mnie ciekawi, co by powiedzieli na wpisanie takiego wzoru do procedury podziału mandatów w skali kraju.

Po drugie – to jest tylko wartość oczekiwana, zaś konkretne przypadki mogą się tu nieco różnić. Na przykład Kukizowi się poszczęściło i dostał o 3 mandaty więcej, niż można się tego było spodziewać – liczby otrzymanych przez niego głosów wpasowały się lepiej w ostateczne kwoty. Nie jest wcale wykluczone, że któregoś dnia takie odchylenia przesądzą o tym, kto stworzy rząd.

Po trzecie – podział na okręgi ze sztywną liczbą mandatów prowadzi do innych jeszcze systemowych odchyleń siły partii. Partie z wyższym poparciem w okręgach o wyższej frekwencji tracą, zaś zyskują te, które mają lepszy wynik w okręgach o niższej frekwencji. System przesuwał równowagę pomiędzy PiS i PO o średnio 6 mandatów na niekorzyść tej ostatniej partii. Jak dotąd nie przesądziło to nigdy o ostatecznym składzie rządu, lecz gdyby tak się stało, trudno byłoby dla tego stanu znaleźć przekonujące usprawiedliwienie.

Po czwarte (dla mnie najważniejsze) – okręgi wielomandatowe mają tragiczne skutki na polu napięć terytorialnych oraz dla relacji wewnątrz partii. Ten sam efekt można jednak uzyskać bez nich, tylko trzeba powiedzieć otwarcie, że się tego chce, nie zaś udawać, że tak to tylko wyszło mimochodem.

Tak, czy inaczej, zrozumienie jak to działa jest dla mnie bardzo ważne, nie tylko dlatego, że oszczędza czasu przy obliczaniu spodziewanej liczby mandatów. To uczytelnienie przekazu wysyłanego przez system do klasy politycznej: jeśli zamierzacie się podzielić i wystartować jako dwie partie, to d’Hondt be surprised – dostaniecie mniej mandatów, niż moglibyście zdobyć wtedy, gdybyście startowali razem.

PS. Nieocenioną pomocą w zrozumieniu tego mechanizmu byli dla mnie cierpliwi rozmówcy –  profesorowie: Wojciech Słomczyński, Karol Życzkowski, Jacek Haman i Bartłomiej Michalak. Wielkie dzięki!

PS2. Puchar Pytii

Darczyńcy zwycięzcy

Podobnie jak w roku 2011, zwycięzca wyborów nie mógłby się cieszyć z ich jednoznacznego wymiernego rezultatu, gdyby nie prezenty otrzymane od konkurencji. Rozbicie głosów na dwie listy, zabiegające o podobnych wyborców, daje dodatkowe mandaty innym partiom. Łatwo to sprawdzić dodając poparcie takich list i przeliczając mandaty. Daje to trzy podstawowe scenariusze oraz ich różne kombinacje.

W pierwszym scenariuszu Miller i Palikot nie tylko przekazują Nowackiej przywództwo w Zjednoczonej Lewicy, lecz potwierdzają to osobistym wycofaniem się z wyborów. Odbierają tym samym partii Razem uzasadnienie startowania osobno. Głosy na obie listy się sumują, co pozwala przekroczyć liście Zjednoczona Lewica Razem nawet koalicyjny próg.

W drugim scenariuszu po przegranych wyborach prezydenckich w PO uruchamiany jest ostry program naprawczy, zakładający też wymianę lidera. Jego elementem jest otwarcie się na inicjatywę Ryszarda Petru. Wspólna lista Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej dostaje 31,7% głosów – prawie tyle, co PiS w 2007 roku.

W trzecim scenariuszu głosy oddane za komitet Zygmunta Stonogi przypadają Korwinowi. To akurat tyle, ile potrzeba do przekroczenia progu. Na obrazku pokazano też podział mandatów dla współwystępowania scenariuszy Zjednoczona Lewica Razem oraz Korwin Stonogi, ZLR i NPO oraz wszystkich trzech jednocześnie.

2015 integracjaDwa pierwsze scenariusze odbierają większość PiS, zaś trzeci stawia ją pod znakiem zapytania (co zrobić ze Zbonikowskim?). Sumy dwóch scenariuszy pogłębiają tylko problem, uzależniając PiS od poparcia przytłaczającej większości kukizowców. Przy trzech Korwin pozostaje z symboliczną reprezentacją – ciekawe, czy objąłby sam jeden z dwóch mandatów czy też oddał go Miriam Shaded,

Dla porównania takie samo zestawienie dla poprzednich wyborów:  2011 integracjaWtedy PiS i lewica na wyścigi z Palikotem podarowały koalicji PO-PSL większość. Teraz prezenty odbiera PiS. Jak widać, może tu obowiązywać jakże szlachetna wzajemność. Tylko lewicy coś na zdrowie nie wychodzi to rozdawnictwo. Może liczy, że za cztery lata zostanie wynagrodzona w dwójnasób. Może zaś tylko wciąż spłaca zobowiązania z 1993 roku.

Notka jest wizualizacją moich wyliczeń na potrzeby tekstu Renaty Grochal w GW.  Analogiczną notkę po poprzednich wyborach można zaś znaleźć tu.

Tsunami czy przypływ?

Wbrew wielu medialnym przekazom, 26 października nie przeszło przez Polskę żadne tsunami i nie zdemolowało znanej już od lat geografii wyborczej. Wszystko jest dokładnie po staremu, tylko – zgodnie ze standardami demokracji – nastąpił przypływ poparcia dla opozycji a odpływ dla obozu rządzącego. Niejakie zamącenie obrazu nastąpiło za sprawą Nowoczesnej. Dość łatwo jest go jednak wyklarować.

Na początek wyniki w okręgach jako pochodna takowych w roku 2011. W przypadku Nowoczesnej punktem odniesienia są wyniki PO.

2015sejmzmianyPiSPOJeśli ktoś tu widzi rewolucję, to musi ciekawie definiować jej kryteria. Wcześniejsze poparcie wyjaśnia nowe – w 97% dla PiS, w 90% dla PO i w 78% dla Petru. PiS dostał to co miał powiększone o jedną dwunastą i dodatkowo w każdym okręgu po równo 5 punktów procentowych z okładem. PO straciła wszędzie jedną trzecią i dodatkowo jeszcze po prawie 2 pp. Najważniejsze jest jednak zrozumienie, że gdy premier Kopacz rozpaczliwie walczyła o wyborców środka właściwego (rządziliśmy sprawnie jak nikt przed nami), oraz rozłożonych po bokach linii frontu wyborców tradycyjnej lewicy i prawicy (patrz notka z 12.10), Petru odebrał jej sztandarowych dotąd wyborców PO – tych najbardziej (bi-)liberalnych. Warto zwrócić uwagę na nieliniowy charakter zależności poparcia dla Nowoczesnej od wyników PO w 2011 – im większe było niegdyś poparcie dla partii Tuska, tym większą jego część udawało się odkroić Nowocześniejszej Platformie Obywatelskiej.

Gdy zwycięska dotąd partia ma odpływ poparcia, zaś opozycja przypływ, to nawet przy tak równomiernym jego charakterze następuje przesunięcie linii frontu symbolicznego zwycięstwa. Szczególnie tak silnie przewidywalnego geograficznie, jak to ma miejsce w Polsce. By to dobrze zobaczyć, lepiej jest traktować wyborców Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej jako jedną całość przy porównaniach z poprzednimi wynikami.  Zrobił to już M.Palade, ja pozwolę sobie odejść od przedstawiania samego zwycięstwa (które ma znaczenie czysto symboliczne) i pokazać skalę przewagi zwycięzcy okręgowego wyścigu. Na początek 2011.

2011 przewaga w okręgachNa tym tle 2015:

2015 przewaga w okręgachPrzypływ zalał wszystkie 3 okręgi, w których przewaga PO była poniżej 10% oraz 6 z 8, gdzie była poniżej 20%. Żadnego więcej. Dla wyniku wyborów równie istotne było jednak spłycenie poparcia na obszarach zachowanej przewagi NPO oraz pogłębienie dominacji PiS w jego matecznikach. Warto tu przypomnieć – co jest szerzej opisane w „Złudzeniach wyboru” – że wzrost poparcia dla PO w Polsce wschodniej miał kluczowe znaczenie dla jej sukcesu w 2007 roku.

Najśmieszniejsze jest w tym to, że zamieszanie spowodowane przez Petru ocaliło polską demokrację przed prawdziwym problemem, którym byłaby konieczność szukania przez PiS koalicjanta. Sięgnięcie po Kukiza oznaczałoby, że głębszy bunt przeciw systemowi wywalczył sobie realny dostęp do władzy a w każdym razie uzależnienie jej od siebie. Uzupełnienie większości przez PSL lub rozłamowców z PO podważałoby wiarę, że możliwe jest pełne zastąpienie obozu rządzącego przez opozycję. Kto jeszcze przyczynił się do takiej skali zwycięstwa PiS? O tym pewnie jutro. Dziś tyle, że niezależnie od wcześniejszych jeremiad PiS i obecnych jeremiad „antykaczystów”, demokracja w Polsce wygląda bardzo modelowo, jeśli oceniać ją pod kątem ruchów wahadła na linii rządzący-opozycja.

PS. Więcej o polskich podziałach pisałem tu.

Szczyty głupoty, czyli o liczeniu jedynkom głosów

„PiS to partia życia a PO – śmierci!” lub – jak kto woli – „PO to partia życia a PiS – śmierci!”. Takie tytuły można byłoby nadać, gdyby dziennikarze zadali sobie trud sprawdzenia, od czego zależy liczba głosów zdobytych przez jedynkę. Liczba, którą tak się ekscytują, robiąc na jej podstawie swoje rankingi. Rozumiem, że pokusa, by to porównywać jest przemożna, lecz jeśli ktoś tak bardzo poszukuje czegoś spektakularnego, to czemu się ograniczać? Policzyłem – liczba głosów zdobytych przez jedynki każdej z głównych partii jest zależna od liczby zgonów w zeszłym roku w okręgu, jak również liczby urodzeń, które miały tam miejsce (korelacje w przedziale 0,5-0,7). Można stąd wyciągać dowolny zestaw danych i podeprzeć nim przytoczone powyżej wnioski – do wyboru, do koloru. A że będą one bezsensowne, bo wszystko zależy po prostu od wielkości okręgu? Przecież to nikomu chyba nie przeszkadza – klikalność rośnie.

Gdyby jednak ktoś chciał się dowiedzieć o polskich wyborach nieco więcej, to idąc tropem mojej sierpniowej notki o liderach złudzeń, policzyłem jaki był tym razem związek pomiędzy realną siłą lidera a siłą partii. Dla dwóch głównych ugrupowań policzyłem zmianę  poparcia w okręgu względem 2011 i zmianę procentu głosów na listę, który był udziałem jedynki. Wykres pokazuje, jak się ma to pierwsze do drugiego.

2015sejmznaczeniejedynkinJak widać gołym okiem (a potwierdzają to współczynniki równań regresji), zmiana siły jedynki w obrębie partii nie ma systematycznego związku ze zmianą siły partii. Może mieć jednak związek incydentalny. Cztery przypadki podpisałem – dla każdej partii po dwa, według oczywistego klucza.

Gdy ktoś twierdzi, że Jarosław Kaczyński i Ewa Kopacz byli prawdziwymi wunderwaffe swoich ugrupowań (co przecież wynika ponoć z  każdego rankingu gołego poparcia), to bierze się to bardziej z kalkulacji w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach niż z dostępnych danych. Zmiany poparcia w przypadku obu partii były najmniej korzystne akurat tam, gdzie przewodzili im liderzy. Natomiast tam, gdzie startowali pretendenci do przywództwa (za każdym razem w jakże odmiennym kontekście), zmiany poparcia dla partii były prawie na przeciwnym biegunie (PiS miał minimalnie większy wzrost w okręgu rybnickim niż w chrzanowskim mateczniku Beaty Szydło, natomiast PO ciut mniejsze spadki miał w Chełmie niż w Kielcach). To najpewniej wiąże się ze zmianami konkurencji, która na polu międzypartyjnym szczególnie w Warszawie była ostra, zaś np. w Kielcach nie startował już sam marszałek Jarubas. Gdyby ktoś miał jednak wątpliwości, to małe zestawienie udziału głosów zdobytych przez dwójkę kandydatów w poparciu całej listy w kolejnych wyborach:

2015sejmszydlokaczynskiW 2007 roku Szydło startowała z drugiego miejsca, poprzedzana przez Pawła Kowala. Oczywiście jest w tym bonus za syndrom „nasz sąsiad w centralnych mediach”, lecz przecież Kaczyński ma bonus metropolitalny. W każdym razie coś to jednak mówi o wyborach PiS. Pewnie gdyby Ewa Kopacz nie porzuciła Radomia na rzecz spektakularnej liczby głosów w Warszawie, to ona też mogłaby się pochwalić mocno rosnącym udziałem w głosach na listę i stosunkowo niewielkim spadkiem poparcia dla partii. Lecz ta chwila szczęścia, jaką muszą być dla polityków idiotyczne rankingi liczby zdobytych głosów, jest najwyraźniej bardzo kusząca.

Wyborcy – procenty i miliony

Procenty są oczywiście ważne – zwłaszcza, że przesądzają o podziale mandatów. Jednak pogłębiony obraz tego, co się zdarzyło w wyborach, wymaga spojrzenia drugim okiem – porównania liczby wyborców poszczególnych ugrupowań z poprzednimi głosowaniami.

Na początek dwie prawdy, które umykają zwykle w analizach. Po pierwsze – czas leci nieubłaganie. W Polsce w wyborach bierze za każdym razem udział około 15 milionów obywateli. Podczas czteroletniej kadencji jakiś milion dotychczasowych wyborców opuszcza ten łez padół, zaś ich miejsce zajmuje kolejna generacja. Po drugie – Polacy chodzą na wybory napędzani nadzieją, zaś odpuszczają je sobie, gdy te nadzieje zmieniają się we frustrację. Stąd to „około” przy 15 milionach jest naprawdę duże – odchylenie standardowe ogólnej liczby głosujących w ostatnich czterech wyborach to prawie 2 miliony. Ta sama liczba głosów zdobytych przez partię może więc stanowić zupełnie inny procent ich ogólnej liczby. Wszystko to można zobaczyć na wykresie, pokazującym zmiany poparcia dla głównych sił od 2005 roku (parę partii pogrupowałem w zestawy, PJN w 2011 dodałem do PiS) – liczone w milionach głosów.

2015sglosyJeśli tak na to spojrzeć, to PO straciła od 2007 roku ponad 3 miliony wyborców ale PiS zyskał tylko ciut ponad pół miliona, czyli tyle samo co Korwin. Nowa siła – Miejscy Drwale Razem – prawie dobiła do tej liczby głosów, które miały dwie inne konkurencyjne względem SLD inicjatywy – SdPL i demokraci – w roku 2005. Wtedy poszli oni podzieleni, przegrali i zostali zapomniani. Kukiz powtórzył wynik Leppera z dokładnością do 10 tys. głosów. Kolejna próba stworzenia nowocześniejszej Platformy Obywatelskiej przyniosła efekt o ćwierć miliona głosów gorszy. Ludowcy względem 2005 stracili mniej niż 50 tys. głosów. Zjednoczona Lewica względem SLD w 2011 jeszcze mniej.

Jeśli tak na to spojrzeć, to niezmiernie dziwi, że żadna z partii politycznych nie wpadła na to, by zamiast niesławnej akcji „zabierz babci dowód”, rzucić hasło „zdobądź babci kopertę”. Możliwość głosowania korespondencyjnego daje teoretycznie kolosalne możliwości mobilizowania nowych wyborców. W praktyce okazuje się, że ani nasze ponoć wszechmocne stare partie, ani ponoć pełne pomysłów nowe inicjatywy, nie są w stanie podołać takiemu wyzwaniu.

To może tyle na początek, jeśli chodzi o powyborcze analizy. Ciąg dalszy nastąpi.

Raz, dwa, trzy – rządzisz Ty!

Ostatnia dawka sondaży to okazja do sprawdzenie raz jeszcze możliwych scenariuszy po niedzielnych wyborach. Poza zwykłym przeliczeniem mandatów na podstawie średniej, sprawdziłem jeszcze 6 innych konfiguracji, opartych na przesunięciu jednego, dwóch lub trzech punktów procentowych poparcia pomiędzy partiami.

Średnia 5 sondaży z portalu ewybory.eu (MillwardBrown, IPSOS, TNS, CBOS i IRBiS) została przyrządzona tak, że wcześniej wyrównałem pokazywane w nich procenty do jednego standardu – tak by się dla ósemki partii sumowały do 100. Wyszło to tak:

2015sejmsondazePrzeliczyłem to na mandaty i zacząłem sprawdzać, co by się stało, gdyby takie poparcie zaczęło się zmieniać. Pierwszym krokiem są scenariusze ze zmianami o 1%. W pierwszym traci PiS, zyskuje Korwin, w drugim zyskuje PiS a traci lewica. Dwa kolejne zakładają zmiany o 2%. W pierwszym zyskuje PiS, zaś traci Petru, w drugim odwrotnie, do tego jeszcze Kukiz traci na rzecz ludowców. Wreszcie dwa scenariusze ze zmianami o 3%. Najpierw taka strata u PiS i Kukiza, z zyskiem ludowców i Razem. W ostatnim scenariuszu Kukiz traci 3%, Korwin 2% a PiS 1%, zaś zyski ma PSL (3%), Petru (2%) i ZL (1%). Na wykresie wygląda to tak:

2015sejmscenariuszePrzy obecnych sondażach PiS jest o włos od większości. Może ją zyskać dzięki Kukizowi, ludowcom lub na skutek nawet niewielkiego rozłamu w PO. Może sobie spokojnie ogłosić przetarg „kto zażąda mniej?”. Obecna sondażowa pozycja Kukiza nie daje szans na koalicję „antykaczystowską”. Wejście Korwina, jeśli wiąże się z minimalną stratą PiS, wbrew pozorom  zawęża pole manewru. Do większości PiS brakuje 17 mandatów, których nie mają ani ludowcy ani Korwin. Pozostaje Kukiz lub naprawdę spory rozłam w PO. Jednak zmiana o 1% w drugą stronę, przy takiej samej stracie lewicy, daje PiS spokojną większość. Kukiz może najwyżej bić brawo, lecz przecież nie będzie stawiać warunków.

Przesunięcie 2% głosów pomiędzy Petru a PSL umacnia PiS, choć dalej brakuje mu jednego mandatu do większości (bo w końcu na Mniejszość Niemiecką rząd zawsze może liczyć).  Jeśli jednak wzmocnią się i PSL, i  Petru, zaś PiS i Kukiz o te 2 procent osłabną, to zachowują one razem większość, lecz naprawdę minimalną.

Nie mają jej jednak, jeśli każda z nich straci po 3%, zaś nad progiem znajdzie się Razem. Tyle tylko, że możliwa koalicja „anty-PiS” musiałaby składać się z 5 partii – do tego bardzo różnych. Trudno sobie nawet wyobrazić, jaka byłaby skala wewnętrznych problemów. Trochę one maleją, jeśli beneficjentami osłabienia obozu zdecydowanej zmiany byłaby po części lewica o po części Petru. Dalej jednak PSL może widzieć większy sens w byciu po stronie zwycięzcy i prezydenta niż w dołączeniu jako najmniejszy człon do czwórkoalicji.

Drugi oddech Kukiza i Korwina oraz przebłysk sławy Razem nieco przesunęły równowagę i dodały nowe scenariusze do tych już omawianych przed dwoma tygodniami. Ciągle jednak bardzo niewielkie przesunięcia poparcia mogą wywrócić jedne układanki a umożliwić inne. Tu naprawdę każdy głos się liczy.

Quousque tandem? – Ad mortem defecatam

Czy fakt, że we wczorajszej debacie trzy najmocniejsze w sondażach ugrupowania były reprezentowane przez kobiety, jest zapowiedzią skokowego wzrostu ich znaczenia w parlamencie? Co innego mówi analiza list wyborczych i dotychczasowych efektów obowiązkowych kwot.

Wiosną sprawdzałem efekty kwot w wyborach samorządowych, spotykając się z ostrą polemiką zwolenniczek tego rozwiązania. Naprowadziło mnie to na kluczowe dla sprawy ujęcie efektów stosowania kwot w naszym nieszczęsnym systemie wyborczym. Efekty kwot można sprawdzić, porównując liczbę kobiet, które zdobyły mandat startując z pozycji strzeleckich oraz tych które zdobyły mandat, choć przewidziano dla nich rolę naganiaczy. Do tego biorąc jeszcze pod uwagę te panie, które mandatu nie zdobyły, choć zajmowały miejsce strzeleckie. Przegrały, bo wyprzedził je ktoś umieszczony na liście niżej (czyli z teoretycznie mniejszym poparciem władz partii).  Takie zestawienie pozwala wychwycić kluczowy tu wzór. Widać go na wykresie, na którym dla pięciu rodzajów wyborów pokazano procent kobiet wśród zdobywców mandatów w rozbiciu na dwie powyższe kategorie, oraz dodatkowo przegranych strzelców jako procent zdobywców mandatów.

2015 kwoty z wcześniejszych wyborówZa każdym razem  wprowadzenie kwot wiązało się ze wzrostem liczby kobiet na pozycjach strzeleckich. Za każdym jednak razem jeszcze większy był wzrost tych, które pomimo uprzywilejowanej pozycji przegrywały wewnętrzną rywalizację. Pomimo tego procent kobiet-strzelców wśród zwycięzców rósł. Tyle, że jednocześnie z reguły spadał też procent mandatów przypadający kobietom, które nie były wcale preferowane przy układaniu listy. W efekcie, nawet jeśli następował wzrost udziału kobiet wśród zwycięzców, to był on frustrująco mały – skromniejszy niż w tych wyborach, gdzie kwoty nie obowiązywały.

Nie można tu zwalić winy na partie czy brak suwaka. Znaczący wzrost liczby porażek uprzywilejowanych kobiet pokazuje, że układający listy chcieli ich więcej niż to ostatecznie wyszło. Dlaczego tak się dzieje? W szczególności – dlaczego spadają szanse kobiet na zdobycie mandatu z pozycji naganiacza? Odpowiedzią na to pytanie może być hipoteza „niebezpiecznego gracza”. W wieloosobowych grach o złożonej interakcji z innymi graczami (a taką jest bez wątpienia nasza ordynacja), kluczowe znaczenie ma ustalenie, komu się szkodzi, komu zaś odpuszcza. Wie to każdy, kto grał w jedną z najbardziej popularnych gier planszowych świata – Osadników z Catanu (kto nie grał, niech żałuje). Kto w połowie partii zostanie uznany za lidera, zaczyna mieć bardzo pod górkę. Nikt nie chce z nim handlować, o ile nie przepłaca, jest pierwszym do okradania przez złodzieja i blokowania dostępu do cennych zasobów. Najczęściej kończy się to tak, że takiego chwilowego lidera na ostatniej prostej wyprzedza ktoś z tych, którzy robili wrażenie, że idzie im źle. Co to ma wspólnego z kwotami? Jeśli spojrzeć na wykresy, to – do czasu wprowadzenia kwot – kobiet wygrywających pomimo dalszego miejsca było więcej niż tych, które przegrywały z miejsc mandatowych. Możliwe że na ich korzyść działały negatywne stereotypy. Mogły być lekceważone przez swoich kolegów (i koleżanki pewnie też). Dopiero po podliczeniu głosów okazywało się, że to jednak twardzi gracze. Po wprowadzeniu kwot to się zmieniło. Teraz promowane są kobiety, co może znaczyć, że wszyscy uważają je za niebezpiecznych zawodników i w ramach wielokierunkowych wewnętrznych przepychanek próbują je tępić (przez np. dorzucanie lokalnych konkurentów przy układaniu listy, limity wydatków, wykluczanie z mediów, plan spotkań lidera listy i liderów ogólnopolskich – narzędzi jest naprawdę sporo). Efekt regulacji mającej w intencji promować kobiety jest odwrotny od zamierzonego – jak już pisałem, łatwiej jest obronić tezę, że parytet to podła męska sztuczka wymyślona by powstrzymać falę narastającego zaangażowania kobiet w politykę, niż pokazać, że pomaga kobietom osiągnąć sukces.

W każdym razie próbowałem oszacować, ile też pań zdobędzie mandat, przyjmując, że zachowane będą dotychczasowe trendy w przetasowaniach na listach. Starałem się uśrednić przypadki poszczególnych komitetów i pogodzić ze specyfiką każdego z nich. Podział mandatów na podstawie aktualnej średniej sondaży za stroną ewybory.eu Wyszło to tak:

2015 kwoty prognozaKobiety w dużych partiach nieco szczodrzej niż przed 4 laty obdarowane zostały dobrymi miejscami. Jednak powiększenie liczby partii może ograniczyć oddziaływanie tego zjawiska na ostateczny skład sejmu. Takie wyliczenie pokazuje wzrost mniejszy niż jeden punkt procentowy (z 23,9% do 24,5%). W tym tempie kobiety zapełnią jedną trzecią ław poselskich w wyborach 2071 roku. O ile nie będzie regresu – w wyborach senackich zapewne takowy nastąpi. Kobiet jest wyraźnie mniej wśród kandydatek PO a w PiS jest zupełna stagnacja na bardzo niskim poziomie. Można się spodziewać, że w nowym senacie będzie jakieś 10 kobiet, wobec 15 w dotychczasowym. Być może to tylko potrzeba wypełnienia obowiązkowych kwot sejmowych odessała kobiety z wyborów senackich. To byłby dodatkowy uboczny skutek – znów odwrotny od zamierzonego.

Udział kobiet w polityce będzie rosnąć nieuchronnie – to wynika z przemian społecznych, przede wszystkim edukacyjnych. Ważne, żeby w tym nie przeszkadzać. Wiem, że zwolenniczki będą argumentować, że kwoty zadziałają, tylko trzeba poczekać,  Czy jednak nie przypomina to sytuacji, w której ktoś twierdzi, że płynąc kajakiem należy wiosłować pod prąd rzeki? Jak mu udowodnić, że nie ma racji, skoro po jakimś czasie nurt doniesie go tam, gdzie chciał dotrzeć?  W każdym razie na wzrost liczby kobiet w sejmie przyjdzie nam zapewne jeszcze poczekać. Byle nie tak jak w w tytule.

Senat – połowiczna koalicja

Koalicja rządowa mogłaby połączyć swoje siły w wyborach senackich w nadziei na zdobycie dodatkowych mandatów. Zrobiła tak jednak tylko w połowie przypadków – i to głównie tam, gdzie to akurat ma mniejsze znaczenie. Obie partie odpuszczają za to okręgi „niezależnym” kandydatom.

Przewidywania wyników wyborów senackich oprzeć można na dwóch źródłach – starych wynikach i nowych sondażach. Nie wchodząc w szczegóły spróbowałem oszacować senacką bazę PiS i PO, przyjmując, że sondażowi wyborcy Nowoczesnej w wyborach senackich zagłosują  na kandydatów Platformy z braku własnych. W tabeli zestawiłem takie przeliczenie z wynikami PSL i SLD z 2011 roku. Bledszym odcieniem pokazane są miejsca, gdzie partia nie wystawia kandydata. Białe cyfry w kolumnie z poparciem dla PiS pokazują okręgi, gdzie po takim przeliczeniu partia ta wygrywa. W poprzednich wyborach taka socjopolityczna baza była jeszcze modyfikowana przez osobiste atuty i słabości (także te konkurentów) – jednak 90% wyników było zgodne z tym, co w tym samym czasie działo się w wyborach sejmowych.

Grubą kreską w kolumnie z wynikami PSL zostały obwiedzione przypadki, gdy różnica pomiędzy silniejszą z partii koalicji a PiS jest mniejsza niż poparcie dla słabszej z partii koalicji. Oznacza to tyle, że gdyby jedna z partii odpuściła sobie wystawianie kandydata i poparła tego wystawionego przez drugą, to miałby on większą bazę niż konkurent z PiS. Jeśli jednak wystawiają kandydatów obie, to kandydat PiS jest faworytem.

2015senatkandyd12015senatkandyd2Pomimo większego generalnego poparcia PiS względem Nowoczesnej Platformy Obywatelskiej (40:33), spodziewany podział mandatów to 47:53 (wliczając w to różnych Biereckich i Borowskich). To są skutki smaczków polskiej geografii wyborczej, o których tu już pisałem. Żeby zdobyć senacką większość, PiS musiałby liczyć na podział elektoratu pomiędzy kandydatów PO i różnych niezależnych. Musi się jednak także liczyć z tym, że mandatów będzie jeszcze mniej. W takim np. Bielsku Podlaskim będzie tylko dwóch kandydatów i jeśli wszyscy poza zwolennikami PiS zagłosują na byłego posła SLD Czykwina, to może on się stać następcą Cimoszewicza. Podobnie w Legionowie – przeciw kandydatowi PiS Żarynowi przemawia to, że nie ma swoich kandydatów nikt poza PO.

O ile jednak strategia SLD jest trudna do zoptymalizowania, o tyle PO i PSL mogłyby osiągnąć znacznie większy poziom współdziałania – także dlatego, że często PSL jest wypukły tam, gdzie PO jest wklęsła. Generalnie dwie strategie – nie wchodzić sobie w drogę i walczyć bez zahamowań – przemieszane są nieomal idealnie pół na pół. W 46 okręgach obie partie wystawiły kandydatów, w 49 jedna ustąpiła drugiej (PO odpuściła 12 a PSL 37). Do tego w 5 okręgach żadna nie ma oficjalnego kandydata (poza wspomnianym Bielskiem także Pruszków zostawiony dla Giertycha, Lublin dla Cugowskiego, Warszawa dla Borowskiego oraz Stalowa Wola z weteranką UW, PSL i PiS Lidią Błądek). Z 14 okręgów, gdzie potencjalny zysk wydaje się bardziej prawdopodobny, wymiana uprzejmości nastąpiła tylko w Cieszynie (na rzecz PO) oraz Płocku i Kielcach (na rzecz PSL). Do tego dochodzi jeszcze kilka okręgów, gdzie PSL może liczyć nie tylko na wsparcie PO, lecz także na brak lewicowej konkurencji (Ostrołęka, Kozienice, Suwałki).

Jaki z tego prognostyk dla powyborczych koalicji? Niespecjalny – PSL raz jeszcze przyjmuje starą strategię. Z PO trochę współpracuje a trochę konkuruje. Z drugiej strony trudno się dziwić PO, że nie chce zbytnio pompować senackiej reprezentacji PSL, które może przecież odwrócić sojusze. W każdym razie, trzeba być przygotowanym na pojawienie się jeszcze jednego elementu chorobliwej niestabilności naszego układu władzy. Senat może mieć inną większość niż sejmowa. Mniej to kłopotliwe niż weto opozycyjnego prezydenta, lecz dalej jest źródłem napięć i polem  wątpliwych rozgrywek. Wcale nie musi jednak wynikać z odmiennych preferencji – to może być czysto mechaniczny efekt nieprzewidywalnej ordynacji, jaką jest FPTP.

Polskie podziały – paradoksalne czy prekursorskie?

Gdzie w Polsce jest lewica a gdzie prawica, to pytanie nieuchronnie nurtujące zarówno obcokrajowców, jak i rodaków. Nieporozumień znacznie tu więcej niż oczywistości. Polskie podziały ułożyły mi się ostatnio w nowy obrazek. Jest on próbą postawienia kroku dalej względem interpretacji, o których pisałem w „Złudzeniach wyboru”. Szczegółowy opis można znaleźć w eseju opublikowanym na łamach „Studiów Socjologiczno-Politologicznych”. Tu dwa wykresy i refleksja, która przyszło mi ostatnio do głowy.

Pierwszym krokiem jest odejście od typowego sposobu przedstawiania podziałów politycznych – nawet wśród tych, którzy zechcieli dostrzec, że na jedną linię to się zupełnie nie da tego wcisnąć.  Jeśli ktoś już uznaje, że potrzebne są dwie osie – ekonomiczna i obyczajowa – to ustawia je jako odciętą i rzędną (oś x i y) w standardowym układzie współrzędnych. Potrzeba niby tylko ustalić, która oś jest która i gdzie jest plus a gdzie minus. Tradycyjny podział prawica-lewica wychodzi tak czy owak jako któraś z przekątnych. Stąd pomysł, by rzecz zobrazować inaczej. Wykres obrócić o 45° i ustawić go tak, by prawica była po prawej a lewica po lewej. Wygląda to wtedy tak:

nowaosbaza Wykres – będący kluczem do eseju –  pokazuje zjawiska, które coraz bardziej demolują sceny polityczne demokracji zachodnioeuropejskich. Stara lewica pogodziła się z demontażem państwa opiekuńczego a stara prawica z rewolucją obyczajową i afirmacją multi-kulti. To doprowadziło do skrócenia politycznego wahadła. Stopniowo establishment zlał się w jedną masę, w której stare podziały są rozróżnialne ledwo-ledwo. Oddalił się też od tych, których niepokoi zarówno neoliberalna globalizacja jak i społeczna dezintegracja (w tym szczególnie emigracja). Zrobiło to miejsce dla dwóch populizmów – antyestablishmentowego populizmu „czarnego” (od czarnych barw, w których opisuje go główny nurt) oraz antypartyjnego populizmu „szarego” (odcinającego się od barw partyjnych).

Problemy z nowymi siłami politycznymi mają Francuzi i Finowie, Brytyjczycy i Austriacy. Każda historia jest trochę inna, lecz stały jest jeden motyw – stara lewica i stara prawica nie mają pomysłu, jak obsłużyć nowe napięcia i podziały. Tymczasem nasza scena polityczna wygląda na tym tle na bardzo przewidywalną. Ruch wahadła rządzący-opozycja, jako  podstawowy demokratyczny standard, odbywa się po całkiem przewidywalnej linii. Na mój rozum dlatego, że ta linia jest prostopadła do tradycyjnego podziału lewica-prawica. Przywoływane tu już raz czy drugi badania elektoratów prowadzone przez CBOS pozwalają to zobrazować w sposób zgodny z intuicją. Potrzebne są do tego tylko jakieś nazwy. Podział na Polskę liberalną i solidarną jest już całkiem blisko, ale rodzi jeden szkopuł. Liberałami można określić zarówno „kon-libów”, którzy wolności cenią tylko w gospodarce, zaś w dziedzinie obyczaju to już niezupełnie. Niektórzy tak nazywają zwolenników swobód obyczajowych, nawet gdyby ekonomicznie byli na przeciwnym końcu skali. Jedni z drugimi nie mają nic wspólnego. By unikać takich nieporozumień, proponuję nazywać tych, którzy wyznają oba rodzaje liberalizmu jednocześnie, „biliberałami”. Solidaryzm społeczny ma zaś wystarczająco długie korzenie, by się nad nim nie rozwodzić. Na wykresie wygląda to tak:

nowaosWidać tu nie tylko dlaczego trudno opisywać rywalizację PO-PiS w kategoriach prawica-lewica. Widać też jak zgrabnie obie nasze największe partie wpisują się w dwa populistyczne łowiska. Jedna z refleksji eseju brzmi tak: W efekcie, wszystko to prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której szeroko rozumiany  establishment w Polsce tworzą dwie partie polityczne, z których jedna jest antypartyjna, a druga antyestablishmentowa.  To oswaja i cywilizuje napięcia, które demokracje zachodnioeuropejskie dopiero zaczynają doświadczać.

Oczywiście żadna ze stron sporu nie uzna takiego schematu – każda z nich jest w stanie zaakceptować tylko taki opis, który przyznaje jej bezdyskusyjną wyższość moralną. To prowadzi do tragikomicznego podziału na „Polskę patriotyczną” i  „Polskę racjonalną”. Z tą ostatnią wiąże się refleksja, która pomaga mi zrozumieć, dlaczego Bronisław Komorowski doznał porażki po serii zwycięstw Donalda Tuska, które to zwycięstwa przełamywały wcześniejszą klątwę Unii Wolności. Recz sprowadza się do takiego oto rozumowania:

Partia polityczna, która chciałaby apelować do obywateli mądrzejszych niż przeciętni, z definicji skazuje się na pozostawanie w mniejszości. Potrzebna jest jednak tylko niewielka korekta, żeby dać jej szansę. Partia polityczna, która chciałaby apelować do obywateli, którzy uważają się za mądrzejszych niż przeciętni, mogłaby bez problemu liczyć na większość. Mogłaby, gdyby nie jeden problem. Politycy każdej partii są z natury rzeczy esencją swoich wyborców. Stąd partia, składająca się z polityków, którzy najbardziej ze wszystkich uważają się za mądrzejszych od reszty, na poparcie większości dalej liczyć nie może.

Druga strona też ma swoje brzemię. Niechęć do ważniaków i besserwisserów ściąga do „obozu patriotycznego” zastępy wszelkiej maści frustratów i nawiedzonych. Z własnych szeregów przepędzać ich trudno, gdy w obliczu domniemanych przewag wrogiego obozu kusi zasada „wszystkie ręce na pokład”. Oni też znajdują wśród polityków swoich rzeczników. Tyle, że tacy nadgorliwi rzecznicy uprawiają nieustający sabotaż, porównywalny w sile destrukcji z tym, który u przeciwników jest udziałem wszystkich ostentacyjnych mądrali. Najlepiej nadają się do przekonywania wyborców środka, że głos za zmianą jest głosem szaleństwa.

Skądinąd elegancki układ tożsamości partyjnych potyka się więc raz za razem o taktyczne słabości jednej i drugiej strony. To czyni ostateczny wynik wyborów tak mało przewidywalnym.

Rząd zależny od 5%

Już prawie codziennie słyszę pytanie o to, kto wygra wybory. Pod wpływem tych pytań ułożyłem sobie w głowie taką myśl: 95% wyborców wyznacza możliwe scenariusze. 5% rozstrzyga, który z nich się ostatecznie spełni. Zobrazowanie na podstawie ostatnich sondaży.

Z czterech najnowszych sondaży zrobiłem mieszankę, rozdzielając pomiędzy podane partie głosy niezdecydowanych. Wyszło mi takie poparcie:

  • PiS – 39%
  • PO – 25,6%
  • ZL – 9,6%
  • NRP – 7,3%
  • Kukiz’15 – 7%
  • PSL – 6,1%

Na tej podstawie policzyłem sobie podział mandatów – także dla hipotetycznych pięciu scenariuszy. Każdy z nich opiera się na przesunięciu nie więcej niż 2,5% u jednej partii. Dwa pierwsze zakładają, że nastąpią dwa takie przesunięcia – jedno na plus, drugie na minus. Trzy kolejne zakładają, że po dwie partie stracą a po dwie zyskają.

Pierwszy scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny. Kukiz kontynuuje swój lot koszący, spadając pod próg, zaś PSL dostaje więcej niż w sondażach, dzięki walorom swoich lokalnych aktywistów. W drugim scenariuszu pojedynek pomiędzy Petru a nową Lwicą Lewicy rozstrzyga się na korzyść tego pierwszego, co skutkuje przesunięciem rzeczonych 2,5% po tej linii. Zjednoczonej Lewicy brakuje niecałego procentu do wysokich koalicyjnych progów.

W trzecim scenariuszu dzieje się dokładnie na odwrót – Nowoczesnej Ryszardzie Petru brakuje do progu, bo szala przeważa na lewo. Do tego jeszcze, tak jak w pierwszym scenariuszu, PSL zyskuje a Kukiz traci. W czwartym scenariuszu liberalno-lewicowy elektorat, skutecznie wystraszony perspektywą rządów PiS, mobilizuje się nadspodziewanie. PSL i Kukiz pod progiem, zaś PO i lewica dostają bonus. Wreszcie ostatni scenariusz to również porażka nowych inicjatyw, tylko że zamiast lewicy, dodatkowe 2,5% dostaje PiS. Każda z małych partii choć raz traci, zaś z dużych choć raz zyskuje. Spodziewane podziały mandatów dla punktu wyjścia oraz wszystkich scenariuszy pokazuje wykres:

scenariusze2015Gdyby obecne sondaże nie kłamały, to PiS ma przed sobą niezły zgryz – czy wiązać się koalicją ze zbieraniną z list Kukiza, czy też odpowiedzieć na dzisiejszą zawoalowaną ofertę PSL. Teoretycznie potrzebne jest tylko kilka mandatów, które można wyłuskać z różnych partii… W każdym razie realnej alternatywy dla koalicji tworzonej przez PiS nie ma.

Gdyby jednak Kukiz wypadł z gry, zaś ludowcy wrócili do znanego nam już rozmiaru, to oni stają przed dylematem. Czy stworzyć rząd ze zwycięzcą, czy też anypisową czwórkoalicję. Łatwo w takiej koalicji nie będzie, zwłaszcza przy nieprzyjaznym prezydencie. Dodatkowo 6 rozłamowców z PO może ich zostawić zupełnie na lodzie.

Takich problemów nie ma, jeśli lewica wypada z obiegu – i Kukiz, i PSL, choć mają swoje kluby, grzeją ławy opozycji. Większość PiS jest minimalna, ale jest. Mogą się do niej co najwyżej przyłączyć. To dałoby jej większy komfort, lecz warunków to chyba nie bardzo mają jak stawiać.

Zyski PSL i lewicy mogą sprawić, że wystarczą one PO do zmontowania koalicji przeciw PiS. Bez Petru może być trochę łatwiej, lecz przecież zagrożenia pozostają te same. Jeszcze łatwiej byłoby, gdyby to Petru zastąpił w takiej koalicji PSL. Choć napięcia wewnątrz PO mogą być od tego jeszcze większe. Konserwatyści stają się bardziej osamotnieni.

Gdyby jednak nowe inicjatywy osłabły, zaś wzmocnił się PiS, to może on liczyć na całkiem stabilną większość. Brakuje do niej dosłownie kilku procent – 2,5 zyskane i 5 stracone przez dwie listy tuż nad progiem.

Jak nietrudno zauważyć, przewidywanie czegokolwiek ostatecznego ma bardzo słabe podstawy. Pewna jest tylko niepewność – zapewne do ostatniej chwili.